sobota, 1 lutego 2014

Fabryka psów czyli jak to z sąsiedztwem bywa


W październiku zeszłego roku minęło dziesięć lat odkąd zamieszkaliśmy na stałe w lesie, więc przyszedł już czas na podsumowania. I gdy tak sobie pomyślę o tych  latach to przede wszystkim przyniosły mi one niesamowitą radość wynikającą z bezpośredniej bliskości przyrody. Niezwykłe chwile przeżywane podczas obserwacji dzikiej zwierzyny podchodzącej na odległość kilku kroków, ptaki w niezliczonej ilości, które namiętnie fotografuję, codziennie inne niebo, spacery po lesie, rowerowe przejażdżki, niesamowita cisza w nocy i jasność pełni księżyca, szelest spadających płatków śniegu i długo by wymieniać...   a to wszystko tak blisko - wystarczy krok za furtkę.


Zachwycająca przyroda wokół to jednak niezupełny obraz życia w leśnym zakątku. Są też ludzie i nasza historia to również oni. Pominięcie tego aspektu byłoby  niemożliwe, niepotrzebne i z gruntu fałszywe.  Zabieram się do opisania tej historii już od dłuższego czasu i ciągle waham się, czy ze względu na obecne okoliczności w ogóle to robić. Ale jeżeli nie napiszę tego teraz, to za jakiś czas nie będę mogła - w myśl niepisanej zasady - o zmarłych tylko dobrze lub wcale....
Jest takie powiedzenie - żyjesz tak jak ci na to pozwala twój sąsiad - w polskich warunkach jakże  często się sprawdza.
A na początku nasze sąsiedztwo zapowiadało się naprawdę dobrze.
Pierwsza zima w lesie dała mi  w kość. Ja - kierowca z odzysku - prawo jazdy kilkanaście lat przeleżało w szufladzie - wsiadłam do samochodu i musiałam poradzić sobie z  leśnymi drogami, błotem, lodem i prawie metrowymi zaspami.  I to wszystko starym autem przeznaczonym na dotarcie mnie jako kierowcy.
Początki były straszne. Po tygodniowej jeździe tatowym Oplem Ascona z Tatą jako pilotem ( mąż się nie nadaje ) i obrysowaniu boku przy mijance ze stojącym na jezdni wielkim autem jakichś robót drogowych, musiałam radzić sobie sama. Dostałam jakiegoś zdezelowanego też Opla i dawaj... codziennie do miasta i z powrotem.  Gdy spadł śnieg okazało się, że bez napędu 4x4 się nie obejdzie. Kolejny samochód był też wiekowy, ale dużo większy, wyższy i najważniejsze - miał napęd na cztery koła.... I tak tej pierwszej zimy rzucona na głęboką wodę  nabierałam doświadczenia - nie obyło się oczywiście bez różnych przygód, których opisanie  zajęłyby zbyt dużo miejsca.


Pewnego zimowego wieczora nie umiałam odpalić samochodu, rano koniecznie musiałam jechać do miasta, a męża nie było. Cóż było robić - zadzwoniłam do najbliżej mieszkających.
I tak zaczęła się nasza bliższa i z czasem coraz bardziej zażyła znajomość.
Sąsiedzi  - On prowadzący firmę - nie napiszę jaką i Ona w owym czasie pracująca w znanej firmie kosmetycznej jako szkoleniowiec- miłośniczka piesków rasy york.
Nie powiem, początkowo było naprawdę fajnie - bo to przecież inteligentni i sympatyczni ludzie.
Zaczęły się wzajemne odwiedziny, imprezki w szerszym gronie ich i naszych znajomych, niedzielne kawki około południowe, no i w razie czego zawsze pomagaliśmy sobie nawzajem.
Owszem, trochę raziło mnie ich umiłowanie do upijania się prawie na umór, ale cóż, nie moja to sprawa. Zresztą sąsiad śmiejąc się sam siebie nazywał "weekendowym alkoholikiem".
Zima miała się ku końcowi,  znajomość rozwijała się obiecująco, ale niestety jedna decyzja podjęta wówczas przez sąsiadkę, zaważyła - jak się okazało- na naszym życiu. Otóż jakoś zaraz po naszej przeprowadzce, czyli w 2004 roku postanowiła rzucić pracę i ze swojego zamiłowania do yorków zrobić źródło utrzymania. Początkowo było to nawet do zniesienia, jednak sytuacja pogorszyła się radykalnie w momencie, gdy nastała koniunktura na te pieski. Nagle ilość psów przyrosła  w postępie geometrycznym, ponieważ z każdego miotu sąsiadka zostawiała suki, które następnie rodziły kolejne... Produkcja szła pełną parą....
Wtedy gdy piesków było kilka sztuk, mieszkały w jednym z pokoi w domu. Kiedy hodowla powiększyła się do kilkunastu, psy zostały przeniesione do stodoły. A ze stodoły miały wybieg o powierzchni około trzydziestu metrów wychodzący na ogród.
I zaczęła się gehenna.
Każde moje wyjście z domu, stuknięcie furtką, jakiekolwiek czynności na podwórku wywoływały falę szczekania gromady psów. Pieliłam grządki, a psy stały w szeregu oparte o siatkę i ujadały. Dodam, że ujadanie odbijało się o ścianę lasu i wracało echem. Zresztą ta hałastra szczekała właściwie bez przerwy i bez powodu - z nudów, z braku jakiegokolwiek zajęcia. Każdy myślący człowiek wie, że pies szczęśliwy to pies zmęczony. Psy głupieją z bezczynności i tak też było z tą pozostawioną samej sobie gromadą. 
W tym czasie jeszcze odwiedzaliśmy się nawzajem i kilka razy delikatnie zwróciłam uwagę na to szczekanie.
W efekcie sąsiedzi powiesili wzdłuż płotu płachtę materiału, aby zasłonić psom widok. Niestety niewiele pomogło.


Hodowla powiększyła się o kolejną rasę - białe teriery szkockie tzw. "westy", które okazały się jeszcze gorsze. Yorki w szczekaniu miały przerwy, a te białe potwory już nie.
Stosunki stopniowo ochładzały się, sąsiedzi nie reagowali na żadne sugestie (naprawdę delikatne), ale spotykaliśmy się jeszcze na imprezach. Apogeum przeżyłam na jednej z nich - w maju 2008, kiedy to na siedzących przy stole gości najgorszy z debilnych białych psów szczekał bez przerwy ze dwie godziny.
Jeden z kolegów zapytał - czy ten pies musi tak szczekać - na co w odpowiedzi usłyszał - no wiesz, on jest zdenerwowany - tu goście, tam goście... Po kilku godzinach w tym hałasie nie wytrzymałam, powiedziałam, ze idę wydoić kozy i poszłam do domu.
I to były ostatnie u nich moje odwiedziny.
Kiedyś jeszcze - w czerwcu 2008 pamiętam wróciłam do domu zirytowana do granic- w firmie miałam kontrolę z US. Kiedy wysiadłam z samochodu i jak zwykle dopadł mnie jazgot psów, nie wytrzymałam... Zebrałam się w sobie, chwyciłam jakieś ogórki ze szklarni  i poszłam poprosić o "wyłączenie" chociaż na chwilę tego szczekania, bo nerwy, bo kontrola i coś tam jeszcze... To właściwie był jedyny raz kiedy sformułowałam prośbę w sposób bezpośredni, a nie jak dotąd tylko przez aluzje. A cóż -  sąsiadka  popatrzyła  na mnie z dziwną miną, odwróciła się na pięcie i idąc w kierunku domu  krzyknęła przez ramię - Hania, Jagna ...cicho!
I tyle ... Psy ujadały dalej, a ja poczułam się jakbym dostała w twarz.
Od tego czasu kiedy mijaliśmy się gdzieś na drodze to Ona odwracała się w drugą stronę pokazując idącemu obok sąsiadowi, że coś niesamowicie interesującego siedzi na drzewie lub zeskakiwała z roweru i chowała się za jego plecami. Żenujące, ale prawdziwe - brak słów.
Pominęłam tutaj ważny wątek naszego sąsiedztwa, polegający na zamianach gruntów, które na samym początku naszej obiecującej znajomości poczyniliśmy. Zmiany te wydawały się korzystne, pod warunkiem  dotrzymania obietnicy i ustaleń,  niestety czas pokazał, że nie wolno ufać nikomu. Ale to kolejna historia, która dopiero się zaczyna, a jak się skończy czas pokaże.
Wracając do psów chciałabym, aby każdy kto to czyta wyobraził sobie, że po przejechaniu kilku kilometrów leśnymi drogami wysiada z samochodu w pięknym miejscu, wokół widzi łąki otoczone lasem,  kilka domów i słyszy ... no właśnie - co słyszy ?
Śpiew ptaków, szum drzew, czy choćby oczywistą w lesie ciszę ? Nie - nic z tych rzeczy -  za to szczekanie kilkudziesięciu psów ! Cały dzień - od godziny siódmej trzydzieści do dziewiątej wieczorem. Z momentami ciszy gdy padał deszcz, był niemożliwy upał, lub gdy psy szły spać. A i czasem w niedzielę na pół dnia były zamknięte, cicho było też, gdy wybywali obydwoje z domu, bo wtedy zostawiali wszystkie psy w stodole.
Nieraz łzy płynęły mi z oczu, gdy wysiadałam z auta i dopadał mnie ten hałas. Czasem w środku lata zamykałam wszystkie okna i drzwi w domu, puszczałam muzykę i rzucałam się w wir pracy - sprzątałam na przykład, bo na dworze nie dało się wytrzymać. Ileż razy w myślach pisałam scenariusze, wyobrażając sobie, że np. idę udusić te psy, wstrzyknąć im coś,  lub wykrzyczeć sąsiadom żeby coś zrobili z tą zgrają ! Różne tego typu desperackie pomysły rodziły mi się w głowie, ale oczywiście nigdy ich nie zrealizowałam - hamulce mam zbyt silne. Nigdy też nie skrzywdziłabym zwierząt, bo miałam świadomość, że to przecież nie jest ich wina.
I właśnie jeszcze jedna sprawa przez te lata nie dawała mi spokoju. Nieszczęsny żywot tej gromady psów. Niby wszystko w porządku, były najedzone, czyste itp, ale co to za życie - nudne i beznadziejne, bo przecież nigdy nie były na spacerze, nigdy nie wybiegały się do woli, a jedyne co widziały to ogrodzenie z desek i kawałek trawy.     
Lato 2012 przyniosło nieoczekiwaną odmianę. Sąsiadka z domu położonego za naszym, spędzała tu urlop.  Okazało się, że jej wytrzymałość nie sięga tak daleko jak moja...
Nie będę rozwodzić się nad tym co powiedziała, istotne jest, że od czasu gdy przeprowadziła tę rozmowę, nastał względny spokój.
Nie potrafię opisać jaka to ulga i szczęście - odzyskanie ciszy. Ciszy, dla której przecież porzuciłam miasto ! I która na tyle lat została mi zabrana.
Ta historia ma też pewną puentę, której nikt by się nie spodziewał.
Otóż ten sąsiad - " producent psów" pod koniec 2012 roku ciężko zachorował. Jego czas się kończy  i chociaż nikt nie wie, ile zostało mu życia, pewne jest, że nie pożyje zbyt długo.
Dlatego w związku z tym mam mieszane odczucia - nikomu, nawet najgorszemu człowiekowi nie życzę takiego cierpienia i takiej choroby.
Chcąc jednak podsumować dziesięć lat mojego zamieszkiwania w lesie, nie dałoby się tego wątku pominąć.
Smutno mi, że można było tyle lat być tak obojętnym na prośby  i tak nieczułym na potrzeby innych, nieobcych a nawet bliskich przecież ludzi.
Ale pomimo wszystko minione dziesięć lat to dobry okres w moim życiu, a tego miejsca nie zamieniłabym na żadne inne.


 


     
 

8 komentarzy:

  1. Współczuję. Z taką sforą za płotem oszaleć mozna :(

    Wszelkie choroby mają podłoże psychiczne - podejrzewam, że w małżeństwie sąsiadów całkiem dobrze się nie działo...

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam Kamphoro, cieszę się,że dołączyłaś do obserwatorów, ja też podczytuję Twojego bloga.
      Sąsiad robi (.. ł ) wszystko na rozkaz żony, poza tym ważną rolę w tym małżeństwie pełnił alkohol. Tak się wspólnie znieczulali, a bodźce z zewnątrz docierały jak przez mgłę. Tylko w taki sposób potrafię wytłumaczyć sobie jak wytrzymywali ten jazgot.
      Normalne to przecież nie jest.

      Usuń
  2. Andzia naprawdę serdecznie Ci współczuje. Yorki to są małe wredne bestie ( jesli nie są odpowiednio ułożone ). Moja siostra ma takiego wrednego potwora, który dość, ze ciągle drze ryja t jeszcze np. sika gdzie popadnie, zżera buty i kapcie - a ma 5 lat !!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Artambrozjo, na szczęście to już przeszłość.Teraz szczekają tylko chwilami i nie tak długo.
      Przeżyłam szok - kiedyś w początkowej fazie znajomości wyszliśmy na obiad i gdy wróciliśmy do ich domu, od progu poczułam smród - wszystkie załatwiły się na podłogę.
      Beznadziejni ludzie - tacy powinni mieć zakaz posiadania zwierząt.

      Usuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  4. Witam. Piszę ponieważ miałam zaszczyt być u tej pani ( jak dobrze pamiętam imię to chyba Ada). Chciałam kupić pieska, ale nie odczułam, że tam jest problem z alkoholem. Była bardzo miła,a co do ciszy w tym domu to......bardzo Ci Andziu współczuję! Byłam tam tylko pół godziny i głowa pęka od tego szczekania. Powodzenia:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Sylwio, witam na blogu, cieszę się, że tu trafiłaś. A co do tych ludzi to tak jak pisałam z pozoru są bardzo sympatyczni. Brak im jednak kultury i empatii , a przez te lata dawali mi odczuć, że to ja mam jakiś problem a nie oni. Bo - cytuję... "psy muszą szczekać"... A alkohol - nie zawsze i nie w każdym momencie, zwłaszcza gdy przewidywany był kontakt z klientami. A zresztą może coś się w tym względzie zmieniło, przede wszystkim choroba w domu. Nie wiem - nie mamy kontaktu od kilku lat. To bardzo przykre. Dziękuję za zrozumienie, na szczęście teraz jest dużo lepiej :)))

    OdpowiedzUsuń
  6. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń