poniedziałek, 23 marca 2015

Krajobraz czyli jak to z sąsiedztwem bywa



Nadszedł czas na uzupełnienie historii naszego sąsiedztwa z fabryką psów.
I gdy zastanawiam się od czego zacząć opowieść, to chyba należałoby stwierdzić, że najbardziej istotny w niej jest czas. Czas, który wszystko zmienia. To banalne stwierdzenie jakże dobrze oddaje dzisiejszą sytuację i mój do niej stosunek.

Kiedy w poście http://zapiskispodlasu.blogspot.com/2014/02/fabryka-psow-czyli-jak-to-z-sasiedztwem.html  pominęłam ważny aspekt naszego sąsiedztwa, postanowiłam wrócić do niego wtedy, gdy rozpocznie się budowa.
Na mojej niegdyś łące, naprzeciwko starego domu, już za kilka dni wbiją przysłowiową pierwszą łopatę... 
Dzisiaj podchodzę do tego już spokojnie. Ale ten spokój osiągnęłam dopiero niedawno.
Wcześniej miotały mną różne emocje. Przede wszystkim złość na siebie samą, że się zgodziłam lata temu na tę zamianę. Owego czasu - gdy przyjaźniliśmy się dość mocno,  mój mąż i sąsiad wpadli na pomysł zamiany gruntów. Nie wzbudził on początkowo mojego entuzjazmu, ale ponieważ podczas tej zamiany pozbywaliśmy się również innej działki z dużym problemem w postaci sporu o stodołę z pewną nieprzyjazną, bardzo wysoką postawioną i wręcz "trzęsącą" całym województwem osobą, zgodziłam się na nią. Nie chciałabym tutaj wdawać się w szczegóły, bo to bardzo długa i skomplikowana historia z czasów, gdy nikt nie pytał geodety gdzie budować. Ulżyło mi wówczas bardzo, gdy się tej działki podczas wymiany pozbyłam, ponieważ już nie ja byłam stroną w sporze lecz sąsiad, który z różnych powodów lepiej mógł poradzić sobie z VIP-em.
Owszem - przyszła mi wówczas do głowy taka myśl, że może kiedyś będzie chciał sprzedawać swoje pola i tę drugą zamienioną działkę - łąkę, ale w tamtych czasach po pierwsze nie pozbywano się ziemi z powodu małego popytu,  po drugie sąsiad zarzekał się, że nigdy tego nie zrobi. Wobec tego w 2005 roku zamiana została dokonana.  Wydawała się korzystna również dlatego, że bardziej przydatne były nam łąki położone pomiędzy naszymi i zyskaliśmy duży areał w jednym kawałku.
W kolejnych latach stosunki z sąsiadami pogarszały się z powodu fabryki psów - dokładnie tę historię opisałam w/w wpisie. 
A już niebawem - gdzieś tak około 2007 roku okazało się, że sąsiad zaczął wyprzedawać swoją ziemię.
Na początek  sprowadził do przysiółka pewnego fabrykanta z miasta, który wybudował na zakupionym od niego kawałku pola ogromny dom i obok drugi domek dla gości. Szczęśliwie w pewnym oddaleniu.




Kilka lat  nic się nie działo. Mój krajobraz był taki sam. Ale kiedy w 2011 okazało się, że sąsiad wystawił "moją" łąkę na sprzedaż, to nie mogłam się z tym faktem pogodzić. I żeby było jasne, wcale nie chodziło mi o te pieniądze, które zarobi (chociaż pewnie wielu tak pomyśli i  nie uwierzy ).
Zła byłam przede wszystkim na to, że znowu zaburza status quo i spokój, który staram się budować wokół siebie. I że do udręki z ich psami dochodzi jeszcze niepewność co do tego, jacy ludzie zamieszkają naprzeciwko. Oczywiście wiedziałam, że to jego prawo i to już nie moja łąka. Ale strach przed nowym - w postaci nowych sąsiadów długo nie pozwalał mi tego faktu zaakceptować.
Tamtej jesieni 2011 roku przeważnie w niedzielę potencjalni kupcy ganiali po działce hałasując niemiłosiernie, a ja modliłam się, żeby kupili ją jacyś spokojni.


W lutym 2012 działka została sprzedana.
W sierpniu 2014 sąsiad zmarł.
W kwietniu 2015 rozpocznie się budowa.

Jeszcze tylko kilka dni...

Czas zmienia wszystko - mój krajobraz również. Pogodziłam się z tym. 


PS.
Dzisiaj (24.03.) uzupełniłam treść wpisu - w poprzedniej wersji umknęło kilka istotnych faktów. Cóż, lata lecą i zacierają się w pamięci szczegóły...