czwartek, 20 października 2016

... wielkimi krokami




                                                   wielkimi krokami
                                      zbliżał się
                                      wiatr
                                      z gromadką rozbawionych liści
                                      groźnie marszcząc brwi
                                      krzyknął 
                                      ku niesfornym olchom
                                      przemknął
                                      obok biało rozgadanych brzóz
                                      opowiedział
                                      zielony żart świerkom
                                      i pobiegł
                                      z jesienną nowiną przez łąki
                                      las śmiał się jeszcze
                                      tylko dąb
                                      zarumienił się 
                                      i szepnął
                                      przecież jesień to poważna sprawa  






  

                         









Dzięcioł zielony

czwartek, 22 września 2016

Dęby


Jeszcze stoją. I nawet im do "głowy" nie przyjdzie, iż pomimo tego, że żyją już ponad sto lat, to nie wojna, kataklizm, katastrofa, czy też inna nagła ludzka przyczyna będzie powodem do ich unicestwienia.
Powodem będzie li tylko głupota. Urzędnicza, polska i porażająca. Przetaczająca się przez ten piękny kraj. Jedna z wielu głupot, pączkujących i nie mających końca.
O co tym razem chodzi ?
O odległość drzew od trasy przebiegu pociągu - piętnastometrową - i to z każdej strony.
Ta sprawa spadła na nasz przysiółek zupełnie niespodziewanie, za przyczyną rozbudowanego w pobliskiej wsi olbrzymiego tartaku.
Tartak hałasuje od jakiegoś czasu, odgłosy docierają przez las, pomimo, że jest w dość znacznej odległości.
Jakby tego było mało, to postanowiono reaktywować nieczynną od lat linię kolejową.
Pamiętam jeszcze pociągi, sama nimi jeździłam. Potem - w latach dziewięćdziesiątych linia padła, tory rozkradli, las zarósł torowisko i jak dla mnie było dobrze.
Ale teraz okazało się, że linia zostanie odbudowana, a pociągi transportujące drewno, będą jeździć dwa razy dziennie. Jasna sprawa, może lepiej wozić te tony tarcicy koleją niż tirami.
Jednak nie mogę pojąć, po co dla dwóch pociągów pas szerokości 30 metrów.  Przecinający jak szpetna szrama piękny, a miejscami rzadko już spotykany niemalże dziki las.
Siłą rzeczy zetną również i te drzewa. Dęby, które zasadzili budowniczowie kolei, aby pasażerowie czekający na pociąg mieli cień. Ale to było dawno, wtedy gdy ludzie jeszcze myśleli.
Teraz już nie myślą, tylko niszczą.
Wiem, to problem ogólnopolski, a idiotyczne rozporządzenie dało powód do przetrzebienia niejednego lasu.
Teraz padło na nasze przysiółkowe dęby.

Tory biegły na prawo od dębów, tam gdzie teraz rośnie las.


W piątek narada z tymi, którym zależy.  Jest nas bardzo mało, bo to małe miejsce i nie wiem, czy coś w ogóle da się zrobić. Spróbujemy. 

czwartek, 8 września 2016

Łąka

Banalne i wyświechtane stwierdzenia -  "nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło " czy też  "każdy kij ma dwa końce", jak również inne podobne, znalazły potwierdzenie podczas mojej ponad trzymiesięcznej walki z chorobą koziołka Grachosa.
Po pierwsze codzienne ranne i wieczorne ścinanie trawy - ręczne, za pomocą nożyc, przyczyniło się do zmniejszenia rozmiaru - mojego oczywiście. Gimnastyka trwająca po pół godziny minimum, a często dłużej i częściej,  również znacznie polepszyła moją kondycję. Grachos zajadał świeżą trawę, a ja odczułam pozytywny efekt tego "poświęcenia".
Druga znacznie ciekawsza sprawa, to obserwacje łąki z poziomu kolan. Ileż tam życia i walki, jakie bogactwo form i kolorów. Można by  położyć się na kocu, tak jak w dzieciństwie i podglądać godzinami... 
Zupełnym jednak zaskoczeniem była taka oto straszno-piękna modliszka.




Nie mogłam uwierzyć własnym oczom, bo nawet nie przypuszczałam, że można ją spotkać w Polsce. A tu proszę - oto jest na mojej łące ! 
Za kilka dni jakby na potwierdzenie faktu, że to jednak nie były omamy, modliszka pokazała się jeszcze raz - wieczorem siedziała sobie na firance.

Modliszka zwyczajna

Te oczy  ;)

Oprócz modliszki wypatrzyłam wiele ciekawych osobników i jak to wśród dyletantów bywa - nie wiem czy rzadkich, czy pospolitych.  Z pewnością pięknych.
Nie napiszę o owadach nic ciekawego, bo to przecież wymaga wiedzy, a entomologiem już nie zostanę...
Jednak takiego zwykłego "oglądacza" jak ja, zadziwia niezwykłe bogactwo owadziego świata.
I cieszy spotkanie oko w oko z modliszką.


Tygrzyk paskowany

Jak również z baldurkiem ;)

Baldurek pręgowany
Ważka płaskobrzucha - samiec





Niedźwiedziówka kaja

Pasikonik ???


Ciekawe jak wyglądam w jego oczach





piątek, 5 sierpnia 2016

Urlop z wyprostowanym palcem w tle


Bardzo chciałam wyjechać. Oderwać się od obowiązków, od firmy, od domu, od codziennej rutyny. Zapomnieć o zwierzętach, budowie, ogrodzie i o tym wszystkim co mam na głowie - a jest tego sporo. Odetchnąć innym powietrzem, popływać w zimnym morzu, posłuchać hałasu, od którego zwykle uciekam, w ogóle robić wszystko inaczej. Wszyscy tego potrzebują więc i ja też. Tym bardziej, że od sześciu lat nigdzie nie byłam, nie licząc krótkich wyjazdów na koncerty z Filharmonią.
Wreszcie w tym roku udało się - nad moje ulubione polskie morze, do ośrodka wczasowo - sanatoryjnego z genialną masażystką Olą. 








Wszystko było gotowe, walizka spakowana, dom i zwierzęta zostawały pod okiem męża.
Rano w dzień wyjazdu, chciałam jeszcze zrobić to, co zwykle ostatnio, czyli przewrócić Grachosa na bok i opatrzyć mu paskudną odleżynę.
W tym miejscu muszę wyjaśnić - 30 kwietnia Grachos - nasz kozioł alpejski sprowadzony z Austrii - zaniemógł. Padł i już nie wstał. Weterynarz robił co się dało, kroplówki, zastrzyki, witaminy, antybiotyki etc. I nic. Udało się wyprowadzić go na tyle, że jadł i przeżuwał normalnie, ale nie wstawał. Robiłam mu masaże, ćwiczenia i to również nic nie dawało. Na dodatek przedobrzyłam - chciałam, aby miał dostęp powietrza od dołu i niestety paleta, na której leżał ucisnęła mu zbytnio mostek i w tym miejscu powstała odleżyna. Chociaż oczywiście miał podesłaną słomę, jednak okazało się, że wystarczył moment. Pomimo tego, że dwa razy dziennie odwracałam go na drugi bok, aby skóra oddychała.
Weterynarz chciał go uśpić, ale ja uparłam się. Przede wszystkim chciałam wyleczyć odleżynę, o którą obwiniam siebie. Szukałam i znalazłam - niezwykle skuteczną maść, po której prawie natychmiast była poprawa. Rana z dnia na dzień wyglądała lepiej.
Z opatrunkiem natomiast była cała procedura - najpierw przewrócić kozła na bok, potem oczyścić, posmarować, no i Grachos musiał leżeć, aż maść wsiąknie. I tak rano i wieczorem.
Pomieszczenie - buda, w której trzy koziołki - Iwo, Kajtek i Grachos teraz mieszkają, na czas choroby zamykamy na dzień tymczasową bramką, tak aby "pacjent" mógł jeść i leżeć w spokoju.
Wracając do dnia wyjazdu - wzięłam akcesoria, maści i pobiegłam szybko opatrzyć Grachosa.
Niestety już dalej nie zrobiłam nic tak, jak zazwyczaj. Nie włożyłam rękawiczek i nie zamknęłam bramki.
Odłożyłam maść i rękawiczki na podłogę, odwróciłam się, aby go przewrócić, a w tym czasie wpadły koziołki, które jeszcze przed momentem pasły się daleko na łące. Kajtek chwycił tubkę z maścią i zobaczyłam jak znika mu w pysku. No nie, brakowało tylko tego, żeby zatruł się zawartością. Bez namysłu zaczęłam szukać tubki, przytrzymując prawą ręką otwarty pysk. Zajrzałam i nic, nie ma ! Czyżby ją połknął ? Sięgnęłam ręką głębiej, a koziołek w tym czasie zaczął się wyrywać. Ooo jakie kozy mają ostre zęby -tarki - ktoś już wie ? Ja tak !
Popatrzyłam na lewą dłoń - a widok był niezły - środkowy palec zmasakrowany, krew kapie i paznokieć wisi  na skórce. Jakoś przeskoczyłam przez ogrodzenie ( niskie ), kątem oka widząc, że tubka z maścią leży sobie spokojnie na stopniach przy wejściu do budy. Ten biały diabeł niepostrzeżenie wypluł ją, zanim zaczęłam gmerać mu w pysku.
Gdy przyszłam do domu, obejrzałam dokładnie ranę, urwałam wiszący paznokieć i poszłam do łazienki, gdzie mąż brał prysznic. Pokazałam mu  tylko palec i wyszłam. Mąż w ręczniku pobiegł po środek dezynfekujący, który został w budzie u Grachosa. Zdezynfekowałam ... i już dłużej nie dałam rady, musiałam usiąść... Mąż stał nade mną z plastrem, a ja podparłam głowę i odleciałam...


Nie wiem ile to trwało, pewnie kilka minut. Gdy wróciłam, palec został opatrzony, a ja słaniając się jeszcze na nogach, poszłam do łazienki dopakować kosmetyczkę, po czym mąż zamknął mi walizkę i pojechaliśmy na dworzec. Przez te pół godziny w drodze do miasta ani przez chwilę nie pomyślałam, żeby zrezygnować z wyjazdu.
Jak to -  bilet i miejscówka są, pobyt zarezerwowany, morze czeka, a ja miałabym nie jechać  ??? Przez głupi palec ?  Całą drogę nieźle bolał, a ja pilnowałam, żeby przez plaster nie wypłynęła krew. Osiem godzin w pociągu przeleciało w mgnieniu oka ;)
Na miejscu recepcjonistka w gabinecie zabiegowym natychmiast zajęła się palcem, znalazłam aptekę, gdzie kupiłam opatrunki i plastry.
A potem wreszcie poszłam nad morze, za którym tęskniłam kilka lat.




W sumie pobyt był bardzo udany, oderwałam się totalnie od wszystkiego, wysłuchałam wzruszającego i na doskonałym poziomie koncertu Poznańskiego Chóru Chłopięcego, a mój kręgosłup został porządnie wymasowany.
Tylko nie udało się zapomnieć o kozach. Przypominał mi o nich w każdym momencie mój wyprostowany malowniczo środkowy palec.  Bez żadnych gestów w podtekście, bo pomimo tego było naprawdę fajnie. 

.  

  




środa, 27 kwietnia 2016

Ogród





Wiosna zawsze przynosi nowe wyzwania, więc i ja podjęłam takowe. Zakładam wreszcie prawdziwy, duży ogród. Długo zastanawiałam się gdzie ma powstać. Początkowo myślałam o miejscu, w którym ogród kiedyś był, a teraz rośnie tam trawa. Jednak ten teren docelowo przewidziany jest na rozbudowę koziarni, przebudowę i powiększenie stodoły, a może w przyszłości kurnik. Tak więc nie tam.
Miejsca mamy sporo, ale tak naprawdę część jest zacieniona lub nie nadaje się z różnych względów.
Została właściwie tylko łąka obok nowego domu. Teraz wygląda tak



Przez całą zimę zastanawiałam się od  czego zacząć ?
Pewnie najlepiej byłoby, aby przyjechała firma od urządzania ogrodów, wjechałyby koparki, tudzież inne maszyny, ludzie wsadziliby gotowe, duże drzewa, rozwinęli trawniki i już. Byłoby fajnie - bo szybko i bez wysiłku, pomijając aspekt finansowy oczywiście. No ale cóż, są inne priorytety - na takie fanaberie nie wystarczy...

Jednak też chyba nie o to mi chodzi. Myślę, że lepiej tworzyć ogród powoli, patrzeć jak się rozrasta, zmienia, wymyślać i kombinować, a także oglądać, czytać i czerpać pomysły od doświadczonych ogrodników. Poza tym nie lubię wystrzyżonych, wychuchanych i równiutkich trawników, kątów prostych, szpalerów tuj i w ogóle jak w ogrodzie jest zbyt porządnie. Taki ładniutki ogród nie pasuje ani do mnie ani do miejsca, w którym ma powstać. A że będzie trudniej ? Chyba mam coś w genach, żeby sobie życie "utrudniać", zamiast ułatwiać.

Nie mam jeszcze w głowie pomysłu na cały ogród, pewnie będzie ewoluował w czasie powstawania.
Postanowiłam zacząć od miejsca obok domu, gdzie zrobię warzywnik. I tak sukcesywnie w miarę jak czas, siły i środki pozwolą, będę działać. Jakiś ogólny plan zapewne wkrótce powstanie, ale realizacja potrwa prawdopodobnie kilka lat. 
Na razie przyjechały skrzynie na grządki wzniesione i od tego zacznę.
No to do roboty ;)
  


Kierowników mam trzech
PS.
Zdjęcie pierwsze - z internetu.


sobota, 19 marca 2016

Ostatni kot


Od kilku lat jakoś wcale nie myślałam o kotach. Wszystkie starania skoncentrowały się na kozach i psach. Lub raczej psach i kozach, choć właściwie biorąc pod uwagę czas z nimi spędzony, to kolejność jest nieistotna.
Jednak ostatnio odwiedzając znajome blogi szczególną uwagę zwracam na koty. Dlaczego ? Czyżbym zatęskniła za kocią obecnością w domu ?
W obecnej sytuacji wiem, że kota u mnie nie będzie, czy też raczej nie może być, ale jednak...
Koty towarzyszyły mi niemal przez całe życie. Dzieciństwo spędzone na przedmieściach w domu z dużym ogrodem, pozwalało na trzymanie całej menażerii, mieliśmy nawet kury. Kotów przewinęło się wiele, zawsze był przynajmniej jeden. Niektóre szczególnie zapadły mi w pamięć - np. biała, niebieskooka, niezwykle mądra Kitka - zginęła potracona przez sąsiada na naszej cichej uliczce. Brązowy, pręgowany kocur zwany Grubym,  który przez całe życie cierpiał na jakąś paskudną chorobę skóry, Włóczykij - czarno biały wariat zrzucający mi na głowę książki z półki.
Potem przez wiele lat kota nie miałam, towarzyszyła mi tylko ukochana Hexi, o której piszę tutaj.
Jednak nieraz myślałam o tym, aby usiąść jeszcze kiedyś na fotelu z kotem na kolanach.
To marzenie tak wielokrotnie wypowiadane, spełniło się zupełnie nieoczekiwanie.

Kot był w pakiecie z domem. I od kiedy wiadomo już było, że tam zamieszkam, problem kota a właściwie kotki, spędzał sen z powiek wszystkim zamieszanym w sprawę ludziom. Jak to będzie ???
Od lat kiedy z moją Hexi przyjeżdżałam na weekend, kot czyli Kicia wyprowadzała się w panice na cały mój pobyt. Spała w stodole, przemykała bokiem i w ogóle omijała dom szerokim łukiem. A miała powód. Hexi jako pies rasy gończej wszystkie koty, które znalazły się w zasięgu jej wzroku z zapałem goniła, jak najbardziej zgodnie ze swoim instynktem.
Tak było zawsze i związku z tym nie mogłam mieć i Hexi i kota, zresztą koleje losu też na to nie pozwalały. Pies towarzyszył nam wszędzie, a z kotem już raczej tak się nie da.
Ostatni rok przed przeprowadzką do lasu mieszkałam w starej kamienicy w centrum miasta.
Pewnego wieczora wracałam z psem do domu, a gdy przechodziłyśmy przez podwórko, nagle z jakiegoś krzaka skoczyło na grzbiet Hexi COŚ. Ona zesztywniała, a ja zobaczyłam, że na jej plecach siedzi niezbyt duży szary kot. Miaucząc przeraźliwie wbił pazury w skórę psa, Hexi otrzepała się, kot spadł na ziemię i wcale nie miał zamiaru uciekać. Wręcz przeciwnie - zjeżył się i rzucił na nią z pazurami.
Hexi podkuliła ogon i czym prędzej pobiegła w stronę drzwi, ciągnąc mnie za sobą.
No nie, czegoś takiego nigdy jeszcze nie widziałam - Hexi czmychająca przed kotem.
Od tej pory zawsze przed wyjściem na spacer, Hexi zatrzymywała się w bramie lękliwie rozglądając się, czy gdzieś nie czai się ten koci potwór. A i tak kilka razy jeszcze w ciemnościach bojowa kotka znienacka spadała z jakiejś gałęzi prosto na jej grzbiet, co utrwaliło informację, że takie spotkanie może być bardzo bolesne.
To doświadczenie okazało się kluczowe w sprawie rychłego zamieszkania z kotem. Gdyby tylko jeszcze Kicia zrozumiała, że nie wolno jej uciekać.
Tamtego lata dwa miesiące przed przeprowadzką pewnej soboty siedzieliśmy na werandzie. Nagle pojawiła się Kicia, która nie odnotowawszy mojego z Hexi przyjazdu spokojnie przyszła z jakiejś wędrówki. Ale tym razem gdy zobaczyła psa, nie uciekła jak zwykle w panice, tylko wskoczyła na płot i spoglądała z góry co będzie dalej. Hexi natomiast zamiast jak zwykle rzucić się na nią lub chociaż obszczekać, odwróciła się i odeszła. Wszyscy byli w szoku, Kicia również. Ku naszej radości spełniło się - kot zrozumiał, że nie wolno uciekać a pies, że nie wolno gonić. Zwielokrotnione intensywne myśli zostały odebrane !
I tak od tej pory zaczęło się powolne oswajanie. Po kilku tygodniach Kicia spokojnie spała na fotelu, a Hexi jakby nigdy nic przechodziła obok, zawsze jednak czujnym okiem sprawdzając, czy coś nie spadnie jej nagle na głowę.
Wszyscy byli zadowoleni, a ja nieraz sobie myślę, że ten rok w kamienicy nie poszedł na marne. Chociaż "męczyłam się"  tam na drugim piętrze strasznie, to po latach wiem, że właśnie po to tam mieszkałam. Po to, żeby Hexi przestała gonić koty, a właściwie tego jednego - naszego domowego.

Niemożliwe stało się - Hexi i Kicia razem

Kicia mieszkała w naszym domu grubo ponad dziesięć lat, potem ze mną kolejne siedem. Musiała mieć prawdopodobnie prawie dwadzieścia lat. Prawdopodobnie, ponieważ już jako dorosły kot przeprowadziła się od sąsiadów mieszkających trzy domy dalej, którzy kotów mieli kilkanaście i nie panowali nad ich przyrostem.
Ostatniego roku życia była już dosyć problemowa, choć i tak była w zadziwiającej formie. Jednak co noc budziła mnie miaucząc strasznie, wypuszczałam ją na dwór, a ona po chwili wracała, przedtem "pukając" w okno,  co wyglądało tak, że rzucała się z pazurami na szybę. Nieraz w nerwach huknęłam na nią, niewyspana wiecznie i przez to rozdrażniona. Niezbyt chętnie też trzymałam ją na kolanach, bo kilka razy zwymiotowała na mnie znienacka. Cóż, chore i wiekowe zwierzę to nieraz duży kłopot. Oczywiście kotka była kochana, wygłaskana, a nerwy puszczały mi rzadko.
Odeszła dwa miesiące po mojej ukochanej Hexi - w październiku 2010. I podobnie jak ona - zniknęła w lesie. Na zawsze.
  

Birka lubiła "iskać" Kicię

Birka i Kicia