piątek, 28 marca 2014
Rok z blogiem
Tak więc jutro minie już rok - 29 marca 2013 opublikowałam pierwszy wpis.
I może zabrzmi to śmiesznie, ale decyzja o pisaniu bloga miała wpływ na moje życie.
A dlaczego ? Przede wszystkim często zamiast bezustannie myśleć o problemach, których w związku z moją działalnością zawsze jest wiele, obmyślałam sobie o czym napisać, wybierałam zdjęcia i przywoływałam wspomnienia. A wtedy teraźniejszość natychmiast stawała się mniej ważna. Wcześniejsze próby kierowania myśli na inne tory nie były takie łatwe, odkryłam, że dopiero pisanie skutecznie w tym pomaga. Szczęśliwie chwilowe wytchnienia niesie też muzyka czyli próby i koncerty i ona zawsze była i jest obecna w moim życiu.
A skąd pomysł na pisanie bloga ? Otóż w marcu zeszłego roku, w rozpaczy po odejściu kolejnej małej kózki zawzięłam się, żeby znaleźć jakieś informacje na temat hodowli.
Wcześniejsze moje poszukiwania nie były zbyt efektywne, co prawda znalazłam pewne kozie forum, ale nie mogłam się tam odnaleźć. A wtedy w marcu 2013 odkryłam nowo powstałe forum kozolin2.
I to był strzał w dziesiątkę! Tyle wiadomości od innych hodowców, opisy kozich problemów i skarbnica wiedzy praktycznej, której tak mi brakuje. Tam też trafiłam na blogi moderatorów forum i wsiąkłam...
Wcześniej blogowe życie zupełnie mnie nie interesowało, zapewne też dlatego, że korzystam z komputera tylko kiedy muszę i w domu takowego nie posiadam, więc dopiero rok temu i niejako przy okazji odkryłam blogowy świat.
Szczególnie dwa z nich przykuły moją uwagę - "Na górce" i "Manufaktura Ambrozji". Często tam zaglądałam i wtedy zakiełkowała myśl - a może też spróbować?
Drogie Autorki - dziękuję za inspirację !
Tak powstał mój blog "zapiski spod lasu". I pomimo tego, że opisywałam również różne dawne i niedawne kłopoty, sam proces pisania zajmował tyle myśli, że dzięki temu inne sprawy oddalały się na drugi plan. Tak więc chociażby z tego względu blog spełnił związane z nim oczekiwania.
Choć piszę rzadko, to zdobyłam grono Czytelników, którym jestem szczególnie wdzięczna. Pomijając niejako terapeutyczną funkcję, to niewątpliwie dopiero dzięki Nim pisanie nabiera prawdziwego sensu. Dziękuję Wam wszystkim - za uwagę, poświęcony czas i miłe słowa.
Decydując się na stworzenie bloga nie miałam też pojęcia, że przy tej okazji odkryję inny świat - piszących, wrażliwych ludzi. Okazało się, że nie wszystkim wystarczy pełna micha, flaszka i ekran telewizora. Przez ostatnie lata miałam wrażenie, że nasz kraj został totalnie opanowany przez głupotę, bezmyślność, chamstwo i tandetę. A to nieprawda i wiedzę o tym zawdzięczam blogowi. Rozproszeni w wielu miejscach żyją wspaniali, ciekawi ludzie znajdujący czas na piękne opisywanie własnego życia. Ten świat równoległy - blogowy sprawia, że nie czuję się już taka nie pasująca i obca. Oczywiście nauczyłam się funkcjonować w naszej niełatwej rzeczywistości i radzę sobie naprawdę dobrze. Ale nieraz mam wrażenie, że to nie ja - prawdziwa, i że wszystko wokół to nie moje miejsca.
Teraz jest trochę inaczej i dlatego - Blogu - dziękuję ! Czytelnicy - dziękuję !
sobota, 22 marca 2014
Kozie love story
Kajtek - bezrogi biały koziołek przybył do nas pod koniec czerwca 2013 z likwidowanej hodowli. Życie uratowała mu przypadkowa wizyta w tamtym gospodarstwie mojego męża - zbieracza kozich nieszczęść.
I tak oto znalazł się u nas.
Przygotowaliśmy mu pomieszczenie przy stodole, z wydzielonym fragmentem ogrodu, w którym kiedyś przebywały nasze pierwsze kozy. Gdy rozejrzał się dokładnie w nowym miejscu i stwierdził, że jest sam, wpadł w straszną rozpacz. Meczał przeraźliwie i właściwie bez przerwy, a jego żałosny głos roznosił się po całej okolicy. Ponieważ sama jestem bardzo uczulona na hałas i pilnuję, aby moje psy nie szczekały bez kontroli, to kajtkowe bezustanne meczenie wywoływało u mnie panikę. Co robić - jak go uciszyć? Zauważyłam, że przestaje w momencie gdy ma kogoś w zasięgu wzroku - w zasadzie to wystarczało aby się uspokoił. W tym stanie rzeczy kolejne prawie całe dwa dni ja i mąż spędziliśmy na zmianę na werandzie, przemawiając do Kajtka. Miałam nadzieję, że po jakimś czasie uspokoi się i przestanie. Ale jednak nie, a wręcz przeciwnie - było coraz gorzej. Cóż było robić - trzeciego dnia zaczęłam poszukiwania. W grę wchodził tylko młody koziołek, bez rogów i według "widzimisię" męża umaszczony brązowo. Udało się - hodowla pod Rzeszowem miała takiego do sprzedania !
W sobotę mąż zapakował do bagażnika dużą klatkę do przewożenia psów i wyruszył w drogę. A ja kolejny dzień spędziłam przemawiając do Kajtka, bo każde moje chwilowe zniknięcie wywoływało żałosne meczenie. I tak siedząc na tej werandzie dumałam, co zrobimy jak się koziołki nie dogadają? Albo jak mimo wszystko Kajtek nadal będzie tęsknił za swoim dawnym towarzystwem ? To byłaby katastrofa - przecież nie mogę spędzać całych dni pocieszając zrozpaczonego kozła !
Pełna niepokoju wypatrywałam samochodu i o zmroku doczekałam się - przyjechali.
Bartek - nazwany tak przez poprzednich właścicieli - wyskoczył z klatki i rozpoczął zwiedzanie swojego nowego miejsca. A ja odetchnełam z ulgą, ponieważ Kajtek zaskoczony widokiem nowego towarzysza natychmiast zapomniał o rozpaczy.
Cały następny dzień koziołki spędziły walcząc - tłukły się tymi bezrogimi łbami, aż krew tryskała. Za to kolejny ranek przyniósł upragniony spokój - przestały już walczyć, ponieważ Kajtek szybko został przywódcą stada. Od tej pory większość czasu zajmowało im tradycyjne zajęcie kóz - jedzenie.
Widać było, że koziołki bardzo przypadły sobie do gustu - często spały przytulone do siebie. Ale nie zauważyłam jakichś zalotów - po prostu pokochały się platoniczną kozią miłością !
Jesienią koziołki zostały oddelegowane do oczyszczenia zarośniętej łąki obok naszego placu budowy.
I jak na budowę przystało zamieszkały w przyczepie.
Dobrze im tam było - spokój, trawy po pachy - no prawie kozi raj.
Siłą rzeczy powstała też myśl o budowie pomieszczenia dla nich - wykop przy okazji melioracji został zrobiony, ale niestety nie zdążyliśmy przed zimą z niczym więcej.
A teraz koziołki będą musiały na swoją koziarnię poczekać - w grudniu po prawie trzyletniej przerwie ruszyliśmy z budową i weszliśmy w fazę wykończeniową. Doczekałam się wreszcie i niezmiernie się z tego cieszę.
Mroźny czas Kajtek i Bartek spędzili w koziarni, obydwaj w jednym boksie. Ciasno im było, ale gdy próbowałam je rozdzielić to zrobił się taki cyrk, że dałam spokój.
W stadzie z innymi kozami cały czas trzymają się razem, chodzą prawie jak konie w zaprzęgu. Komicznie to wygląda, gdy pasą się przytulone do siebie.
Pod koniec grudnia Kajtek zrobił swoje i Amelka oraz Barbie są kotne.
Natomiast Paula nie miała rui i Bartek - przeznaczony dla niej kolorystycznie, nie miał okazji poszaleć.
W związku z tym na razie nie sprawdzę co z tych doborów kolorami wyjdzie. Według mnie nie ma to żadnego znaczenia, ale mąż twierdzi inaczej. Swoją drogą w ogóle nie wiadomo czy będzie okazja - nie powiem żeby Bartek zbytnio rwał się do kóz !
Czyżby jego kozie serce zostało już skradzione ???
Kajtek i Bartek drugi
piątek, 21 lutego 2014
Bartek Pierwszy
Pomyślałam sobie niedawno, że wszystkie kozy, które mieszkały w naszym gospodarstwie powinnam opisać, dopóki jeszcze dobrze pamiętam związane z nimi wydarzenia. I też dlatego, że przecież należałoby upamiętnić ich istnienie. Ten blog to dobre miejsce.
Niewątpliwie jedną z ważniejszych postaci w naszym stadzie był Bartek, chociaż jego pobyt u nas był bardzo krótki. Dnia 6 lutego 2012 Bartek zakończył swój żywot. A ile przeżył lat ? Nie wiem i nigdy się nie dowiem.
Nie wiem też dlaczego mój mąż ma talent do przygarniania kozich nieszczęść z likwidowanych hodowli. Nie inaczej było z Bartkiem.
Pewnego styczniowego wieczora 2011 roku wróciłam do domu i jak zwykle, najpierw nakarmiłam psy, a potem przebrałam się i poszłam do kóz. Jak to w styczniu o tej porze było już ciemno. Idąc w kierunku koziarni poczułam dziwny zapach, który trochę mnie zastanowił - bo co to mogło być ? Kozy - nie, bo przecież nie śmierdzą, las pachniał jak zwykle, nie był to też dym, a po prostu jakiś lekki, nieznany mi smrodek.
Nie zastanawiając się nad tym dłużej weszłam do koziarni. Było tam dość ciemno, ponieważ zapaliłam tylko małą lampkę. Rozmawiając z kozulami, zaczęłam dorzucać siano do kolejnych boksów.
Gdy byłam już przy Adelce mieszkającej w ostatnim z lewej strony, nagle w boksie z prawej coś załomotało i stanęło na dwóch nogach. Zobaczyłam dużą, czarną głowę z wielkimi rogami. Ki diabeł ? Zaglądam do boksu - super - to koza a właściwie kozioł, ogromny ! Już wiem co tak woniało. On !
Szybko poszłam do domu, a tam mąż z uśmiechem pyta - i co widziałaś naszą nową kozę ? Byłam trochę zła - nie jestem jakoś szczególnie bojaźliwa (a nawet wręcz przeciwnie), ale ten niespodziewany widok wielkiej, rogatej głowy w półmroku nieźle mnie wystraszył.
Rankiem obejrzeliśmy Bartka dokładnie i cóż to był za widok ! Długie włosy posklejane z kawałkami zaschniętego obornika, łyse placki na skórze, a kopyta - no czegoś takiego jeszcze nie widziałam - zawinięte w przód, długie jak narty. Jedna przednia noga krzywa, chyba po jakimś złamaniu źle zrośniętym z bułą w stawie kolanowym. Prawdziwy obraz nieszczęścia i rozpaczy.
Tego dziada - właściciela hodowli - posiadacza wielkiego ośmiosethektarowego gospodarstwa, za takie traktowanie zwierząt udusiłabym gołymi rękami.
Kozy, które hodował a było ich kilkadziesiąt, wszystkie poszły na rzeź. A ponieważ mąż już wcześniej mu sygnalizował, że chętnie weźmiemy od niego kozła oraz kozę z jakimś przychówkiem, no to je dla nas zostawił. Niestety, kiedy w końcu był czas wybrać się po ich odbiór, okazało się, że z nie pilnowanego budynku ktoś zabrał (czyli ukradł) kozę z małym i został tylko kozioł norweski Bartek.
Miałam obawy trzymać Bartka razem z innymi kozami bez kwarantanny, ale ponieważ była zima, a on w osobnym boksie, to nie miał praktycznie z nimi kontaktu.
Wbrew swojemu wyglądowi był bardzo łagodny i jak się okazało, oprócz ogólnego zaniedbania nic mu nie dolegało. Zrobiliśmy co się dało, aby doprowadzić do jakiegoś stanu jego racice i obcięliśmy skołtunioną sierść. Biedny koziołek nawet zbytnio nie protestował, kiedy przeprowadzaliśmy te wszystkie zabiegi. A gdy całkiem wydobrzał i stwierdził, że dobrze mu z nami, w ogóle nie było z nim jakiegokolwiek problemu.
Niestety kuśtykał trochę, a i biegać za bardzo nie mógł - przez tę krzywo zrośniętą nogę.
Po jakichś trzech tygodniach pobytu Bartka, jak na komendę wszystkie nasze kozy równocześnie zapragnęły zostać mamami. Cóż było robić- skoro miały ruję, to trzeba było to wykorzystać. Po miesiącu okazało się, że kozioł spisał się dzielnie - wszystkie trzy - Baśka, Puci i Amelka pięknie się zaokrągliły.
Tamto lato 2011 roku obrodziło w małe kózki - cóż to była za radość, oglądać pięć prześmiesznych, szalejących maluchów. A tata Bartek przechadzał się dostojnie pomiędzy stadkiem swoich dzieci.
Bartek z Baśką i Barbie
Bartek , Adelka i Pepe
W sierpniu zaczęły się problemy - już wspominałam o nich w poprzednich wpisach.
Zachorowały równocześnie trzy kozy - Puci, cap Paci oraz Bartek.
Weterynarz przyjeżdżał kilka razy, ale nic z tego nie wynikało. W końcu zaaplikował jakieś końskie dawki lekarstw w efekcie czego Bartek i Paci wyzdrowieli, ale niestety zbyt duża dawka prawdopodobnie zabiła Puci - matkę dwóch półtoramiesięcznych maluchów.
Jesienią postanowiłam odizolować kozła do stada - na razie więcej kózek nie było w planie, a zbliżał się okres rui. Tak więc Bartek zamieszkał w przyczepie na świeżo ogrodzonym drugim końcu łąki.
Tęskno mu było do kóz i kombinował jak by tu się wydostać. Kiedy pewnego dnia zastałam Bartka za ogrodzeniem, niestety trzeba było kupić elektryczny pastuch.
Bartek miał dla siebie ogromny kawał łąki, a i kozy też w zasięgu wzroku, kilka razy dziennie nasze odwiedziny, tak więc nie był tak całkiem samotny.
Jakoś pod koniec listopada Bartek znowu zachorował. Nie chciałam już widzieć tego weterynarza od końskich dawek, więc nie bardzo wiedziałam, gdzie szukać pomocy i jak go leczyć. Kolega, który czasem przyjeżdżał do kóz mieszka zbyt daleko, ale udzielał mi porad telefonicznie i przysłał leki. Jednak Bartkowi się nie polepszało. Przeprowadziliśmy go do koziarni, bo to już i zima się zaczęła.
W końcu jak już było z nim źle, przyjechał jakiś przypadkowy weterynarz, który oczywiście nie miał pojęcia o kozach. A ja miotałam się, bo kolega mówił jedno, a ten drugi weterynarz co innego.
W styczniu Bartek miał apetyt, ale już nie wstawał. Pewnego wieczora jak zwykle zrobiłam mu zastrzyk, a strzykawkę odłożyłam na górną belkę drzwi, które zostawiłam otwarte na oścież. Potem zajęłam się innymi kozami, gdy nagle, już nie pamiętam która z nich, wyskoczyła na korytarz koziarni. Biegając zahaczyła rogiem o drzwi boksu Bartka i drzwi się zamknęły. Złapałam kozę, zamknęłam i ... o Boże tam przecież leżała strzykawka!
Gdy drzwi zamknęły się z impetem popchnięte przez kozę, strzykawka spadła na dół prosto pod nos Bartka.
A on oczywiście od razu złapał ją - nie całą, tylko igłę z plastikową nasadką. Niewiele myśląc prawą ręką otworzyłam mu pysk, a lewą zaczęłam grzebać w środku. On oczywiście próbował go zamknąć, raniąc mi przy tym palce. Nie zwracałam na to uwagi i w panice szukając igły, sięgałam coraz głębiej. I w końcu jest - miał ją pod wargą gdzieś z boku, przeżutą już, ale na szczęście w całości i w tej plastikowej osłonce. Kiedy spojrzałam na rękę, dopiero poczułam jak bardzo mnie pogryzł - cała dłoń krwawiła. Szybko pobiegłam do domu i długo ją dezynfekowałam. A wyglądała już okropnie - dwa palce nieźle zmasakrowane, reszta pogryziona i spuchnięta. Ależ te kozy mają ostre zęby !!!
To moje poświęcenie niestety nie na wiele się zdało, Bartek co prawda pożył jeszcze jakiś czas, a potem 6 lutego 2012 roku pożegnał się z nami i odszedł do koziej doliny gdzieś w zaświatach.
I gdy go wspominam, to nie mogę podarować sobie jednego - że nie poszukałam pomocy w jego chorobie u innych, bardziej światłych weterynarzy, bo być może dałoby się go uratować. W owym czasie miałam mnóstwo innych problemów i przytłoczona tym wszystkim, nie umiałam pomóc Bartkowi tak, jak na to zasługiwał.
Cieszę się tylko z jednego - podarowaliśmy mu rok dobrego życia - sytego, spokojnego, pełnego wolności, słońca i obfitych łąk.
sobota, 1 lutego 2014
Fabryka psów czyli jak to z sąsiedztwem bywa
W październiku zeszłego roku minęło dziesięć lat odkąd zamieszkaliśmy na stałe w lesie, więc przyszedł już czas na podsumowania. I gdy tak sobie pomyślę o tych latach to przede wszystkim przyniosły mi one niesamowitą radość wynikającą z bezpośredniej bliskości przyrody. Niezwykłe chwile przeżywane podczas obserwacji dzikiej zwierzyny podchodzącej na odległość kilku kroków, ptaki w niezliczonej ilości, które namiętnie fotografuję, codziennie inne niebo, spacery po lesie, rowerowe przejażdżki, niesamowita cisza w nocy i jasność pełni księżyca, szelest spadających płatków śniegu i długo by wymieniać... a to wszystko tak blisko - wystarczy krok za furtkę.
Zachwycająca przyroda wokół to jednak niezupełny obraz życia w leśnym zakątku. Są też ludzie i nasza historia to również oni. Pominięcie tego aspektu byłoby niemożliwe, niepotrzebne i z gruntu fałszywe. Zabieram się do opisania tej historii już od dłuższego czasu i ciągle waham się, czy ze względu na obecne okoliczności w ogóle to robić. Ale jeżeli nie napiszę tego teraz, to za jakiś czas nie będę mogła - w myśl niepisanej zasady - o zmarłych tylko dobrze lub wcale....
Jest takie powiedzenie - żyjesz tak jak ci na to pozwala twój sąsiad - w polskich warunkach jakże często się sprawdza.
A na początku nasze sąsiedztwo zapowiadało się naprawdę dobrze.
Pierwsza zima w lesie dała mi w kość. Ja - kierowca z odzysku - prawo jazdy kilkanaście lat przeleżało w szufladzie - wsiadłam do samochodu i musiałam poradzić sobie z leśnymi drogami, błotem, lodem i prawie metrowymi zaspami. I to wszystko starym autem przeznaczonym na dotarcie mnie jako kierowcy.
Początki były straszne. Po tygodniowej jeździe tatowym Oplem Ascona z Tatą jako pilotem ( mąż się nie nadaje ) i obrysowaniu boku przy mijance ze stojącym na jezdni wielkim autem jakichś robót drogowych, musiałam radzić sobie sama. Dostałam jakiegoś zdezelowanego też Opla i dawaj... codziennie do miasta i z powrotem. Gdy spadł śnieg okazało się, że bez napędu 4x4 się nie obejdzie. Kolejny samochód był też wiekowy, ale dużo większy, wyższy i najważniejsze - miał napęd na cztery koła.... I tak tej pierwszej zimy rzucona na głęboką wodę nabierałam doświadczenia - nie obyło się oczywiście bez różnych przygód, których opisanie zajęłyby zbyt dużo miejsca.
Pewnego zimowego wieczora nie umiałam odpalić samochodu, rano koniecznie musiałam jechać do miasta, a męża nie było. Cóż było robić - zadzwoniłam do najbliżej mieszkających.
I tak zaczęła się nasza bliższa i z czasem coraz bardziej zażyła znajomość.
Sąsiedzi - On prowadzący firmę - nie napiszę jaką i Ona w owym czasie pracująca w znanej firmie kosmetycznej jako szkoleniowiec- miłośniczka piesków rasy york.
Nie powiem, początkowo było naprawdę fajnie - bo to przecież inteligentni i sympatyczni ludzie.
Zaczęły się wzajemne odwiedziny, imprezki w szerszym gronie ich i naszych znajomych, niedzielne kawki około południowe, no i w razie czego zawsze pomagaliśmy sobie nawzajem.
Owszem, trochę raziło mnie ich umiłowanie do upijania się prawie na umór, ale cóż, nie moja to sprawa. Zresztą sąsiad śmiejąc się sam siebie nazywał "weekendowym alkoholikiem".
Zima miała się ku końcowi, znajomość rozwijała się obiecująco, ale niestety jedna decyzja podjęta wówczas przez sąsiadkę, zaważyła - jak się okazało- na naszym życiu. Otóż jakoś zaraz po naszej przeprowadzce, czyli w 2004 roku postanowiła rzucić pracę i ze swojego zamiłowania do yorków zrobić źródło utrzymania. Początkowo było to nawet do zniesienia, jednak sytuacja pogorszyła się radykalnie w momencie, gdy nastała koniunktura na te pieski. Nagle ilość psów przyrosła w postępie geometrycznym, ponieważ z każdego miotu sąsiadka zostawiała suki, które następnie rodziły kolejne... Produkcja szła pełną parą....
Wtedy gdy piesków było kilka sztuk, mieszkały w jednym z pokoi w domu. Kiedy hodowla powiększyła się do kilkunastu, psy zostały przeniesione do stodoły. A ze stodoły miały wybieg o powierzchni około trzydziestu metrów wychodzący na ogród.
I zaczęła się gehenna.
Każde moje wyjście z domu, stuknięcie furtką, jakiekolwiek czynności na podwórku wywoływały falę szczekania gromady psów. Pieliłam grządki, a psy stały w szeregu oparte o siatkę i ujadały. Dodam, że ujadanie odbijało się o ścianę lasu i wracało echem. Zresztą ta hałastra szczekała właściwie bez przerwy i bez powodu - z nudów, z braku jakiegokolwiek zajęcia. Każdy myślący człowiek wie, że pies szczęśliwy to pies zmęczony. Psy głupieją z bezczynności i tak też było z tą pozostawioną samej sobie gromadą.
W tym czasie jeszcze odwiedzaliśmy się nawzajem i kilka razy delikatnie zwróciłam uwagę na to szczekanie.
W efekcie sąsiedzi powiesili wzdłuż płotu płachtę materiału, aby zasłonić psom widok. Niestety niewiele pomogło.
Hodowla powiększyła się o kolejną rasę - białe teriery szkockie tzw. "westy", które okazały się jeszcze gorsze. Yorki w szczekaniu miały przerwy, a te białe potwory już nie.
Stosunki stopniowo ochładzały się, sąsiedzi nie reagowali na żadne sugestie (naprawdę delikatne), ale spotykaliśmy się jeszcze na imprezach. Apogeum przeżyłam na jednej z nich - w maju 2008, kiedy to na siedzących przy stole gości najgorszy z debilnych białych psów szczekał bez przerwy ze dwie godziny.
Jeden z kolegów zapytał - czy ten pies musi tak szczekać - na co w odpowiedzi usłyszał - no wiesz, on jest zdenerwowany - tu goście, tam goście... Po kilku godzinach w tym hałasie nie wytrzymałam, powiedziałam, ze idę wydoić kozy i poszłam do domu.
I to były ostatnie u nich moje odwiedziny.
Kiedyś jeszcze - w czerwcu 2008 pamiętam wróciłam do domu zirytowana do granic- w firmie miałam kontrolę z US. Kiedy wysiadłam z samochodu i jak zwykle dopadł mnie jazgot psów, nie wytrzymałam... Zebrałam się w sobie, chwyciłam jakieś ogórki ze szklarni i poszłam poprosić o "wyłączenie" chociaż na chwilę tego szczekania, bo nerwy, bo kontrola i coś tam jeszcze... To właściwie był jedyny raz kiedy sformułowałam prośbę w sposób bezpośredni, a nie jak dotąd tylko przez aluzje. A cóż - sąsiadka popatrzyła na mnie z dziwną miną, odwróciła się na pięcie i idąc w kierunku domu krzyknęła przez ramię - Hania, Jagna ...cicho!
I tyle ... Psy ujadały dalej, a ja poczułam się jakbym dostała w twarz.
Od tego czasu kiedy mijaliśmy się gdzieś na drodze to Ona odwracała się w drugą stronę pokazując idącemu obok sąsiadowi, że coś niesamowicie interesującego siedzi na drzewie lub zeskakiwała z roweru i chowała się za jego plecami. Żenujące, ale prawdziwe - brak słów.
Pominęłam tutaj ważny wątek naszego sąsiedztwa, polegający na zamianach gruntów, które na samym początku naszej obiecującej znajomości poczyniliśmy. Zmiany te wydawały się korzystne, pod warunkiem dotrzymania obietnicy i ustaleń, niestety czas pokazał, że nie wolno ufać nikomu. Ale to kolejna historia, która dopiero się zaczyna, a jak się skończy czas pokaże.
Wracając do psów chciałabym, aby każdy kto to czyta wyobraził sobie, że po przejechaniu kilku kilometrów leśnymi drogami wysiada z samochodu w pięknym miejscu, wokół widzi łąki otoczone lasem, kilka domów i słyszy ... no właśnie - co słyszy ?
Śpiew ptaków, szum drzew, czy choćby oczywistą w lesie ciszę ? Nie - nic z tych rzeczy - za to szczekanie kilkudziesięciu psów ! Cały dzień - od godziny siódmej trzydzieści do dziewiątej wieczorem. Z momentami ciszy gdy padał deszcz, był niemożliwy upał, lub gdy psy szły spać. A i czasem w niedzielę na pół dnia były zamknięte, cicho było też, gdy wybywali obydwoje z domu, bo wtedy zostawiali wszystkie psy w stodole.
Nieraz łzy płynęły mi z oczu, gdy wysiadałam z auta i dopadał mnie ten hałas. Czasem w środku lata zamykałam wszystkie okna i drzwi w domu, puszczałam muzykę i rzucałam się w wir pracy - sprzątałam na przykład, bo na dworze nie dało się wytrzymać. Ileż razy w myślach pisałam scenariusze, wyobrażając sobie, że np. idę udusić te psy, wstrzyknąć im coś, lub wykrzyczeć sąsiadom żeby coś zrobili z tą zgrają ! Różne tego typu desperackie pomysły rodziły mi się w głowie, ale oczywiście nigdy ich nie zrealizowałam - hamulce mam zbyt silne. Nigdy też nie skrzywdziłabym zwierząt, bo miałam świadomość, że to przecież nie jest ich wina.
I właśnie jeszcze jedna sprawa przez te lata nie dawała mi spokoju. Nieszczęsny żywot tej gromady psów. Niby wszystko w porządku, były najedzone, czyste itp, ale co to za życie - nudne i beznadziejne, bo przecież nigdy nie były na spacerze, nigdy nie wybiegały się do woli, a jedyne co widziały to ogrodzenie z desek i kawałek trawy.
Lato 2012 przyniosło nieoczekiwaną odmianę. Sąsiadka z domu położonego za naszym, spędzała tu urlop. Okazało się, że jej wytrzymałość nie sięga tak daleko jak moja...
Nie będę rozwodzić się nad tym co powiedziała, istotne jest, że od czasu gdy przeprowadziła tę rozmowę, nastał względny spokój.
Nie potrafię opisać jaka to ulga i szczęście - odzyskanie ciszy. Ciszy, dla której przecież porzuciłam miasto ! I która na tyle lat została mi zabrana.
Ta historia ma też pewną puentę, której nikt by się nie spodziewał.
Otóż ten sąsiad - " producent psów" pod koniec 2012 roku ciężko zachorował. Jego czas się kończy i chociaż nikt nie wie, ile zostało mu życia, pewne jest, że nie pożyje zbyt długo.
Dlatego w związku z tym mam mieszane odczucia - nikomu, nawet najgorszemu człowiekowi nie życzę takiego cierpienia i takiej choroby.
Chcąc jednak podsumować dziesięć lat mojego zamieszkiwania w lesie, nie dałoby się tego wątku pominąć.
Smutno mi, że można było tyle lat być tak obojętnym na prośby i tak nieczułym na potrzeby innych, nieobcych a nawet bliskich przecież ludzi.
Ale pomimo wszystko minione dziesięć lat to dobry okres w moim życiu, a tego miejsca nie zamieniłabym na żadne inne.
piątek, 29 listopada 2013
Żegnaj Baśka
Chociaż moje życie wcale nie składa się wyłącznie z pożegnań, to tak właśnie dość dziwnie może wyglądać ten blog. A to dlatego, że dopiero tutaj mogę opisać wszystkie moje zwierzęta i zwykle w chwili, gdy już ich ze mną nie ma. To taka forma upamiętnienia zwierzaków, z którymi biegnie mi życie. W ten sposób łatwiej mi będzie zachować w pamięci naszą wspólną historię.
Baśka - pierwsza urodzona u nas przed prawie ośmiu laty koza wczoraj zakończyła swój żywot.
Dokładnie pamiętam dzień jej urodzin - 31 stycznia 2007 roku leżałam chora w łóżku i nie wychodziłam do kóz cały dzień. Rano dostały podwójną porcję siana i mąż wybył.
Pod wieczór byłam jakaś niespokojna i mimo gorączki stanęłam na progu domu, aby posłuchać odgłosów z koziarni, ponieważ za tydzień - dwa spodziewaliśmy się wykotów. Niby nic nie słyszałam, ale jednak postanowiłam sprawdzić.
Weszłam - a koło Klary stała śliczna, czyściutko wylizana kózka. Pierwsza nasza ! Kiedy tylko mogłam siadałam na kostce słomy i patrzyłam na malutką Baśkę - jak fajnie bryka, jak pije mleko. A ona nauczyła się wskakiwać mi na ręce. Gdy tylko wchodziłam do koziarni Baśka wskakiwała na kostkę słomy, odbijała się i już była u mnie. Postękiwała zadowolona z siebie i mogła tak siedzieć bardzo długo, a nawet czasem zasypiała mi na rękach.
Czas mijał - kózka wyrosła na ładną kozę, specjalistkę we wspinaczce po rosnące możliwie jak najwyżej kąski. Ach te kozy - tam wysoko rosną na pewno najlepsze ! Czasem też była marudna, jak jej coś nie pasowało, meczała swoim dość dziwnym głosem. Zresztą każda koza ma swój charakterystyczny, niepowtarzalny głos.
W maju 2008 roku urodziła koźlę - niestety nieżywe. Za to mieliśmy dużo dobrego "basinego" mleka.
A gdy latem w 2011 Baśka urodziła śliczną Barbie, niestety okazała się bardzo histeryczną matką. Nie zaakceptowała faktu bycia mamą, nie chciała karmić i uciekała od koźlątka.
Cóż było robić - staraliśmy się kilka razy dziennie dostawiać małą do wymienia i pilnowaliśmy, żeby nic się nie stało. Z upływem czasu było coraz lepiej ale ile nerwów nas to kosztowało !
Aż po jakimś prawie miesiącu spały już razem przytulone do siebie.
Lato 2011 roku kończyło się, a na nas spadały kolejno problemy z kozami - opisałam je w poprzednim poście.
W styczniu tamtej feralnej zimy zachorowała też i Baśka. Po dwóch miesiącach udało się ją wyprowadzić na tyle, że poruszała się na trzech nogach - w lewej przedniej pozostał przykurcz w stawie kolanowym.
I jakoś dawała sobie radę.
Niestety w lipcu tego roku Baśka znowu zaczęła niedomagać - weterynarz stwierdził problemy ze żwaczem. Ale kolejny raz udało się ją wyleczyć i kilka miesięcy było dobrze.
A od zeszłego tygodnia problemy powróciły - Baśka słabła, chociaż miała apetyt - zwłaszcza na dobre rzeczy, np. świeżą trawę ze szklarni, którą zostawiam zawsze na zimę dla kóz.
We wtorek po południu już nie miała siły ustać nawet na łokciach. Cały czas byłam koło niej, bo ciągle próbowała wstać i nie dając rady przewracała się na bok. Serce ściskało mi się z żalu, gdy patrzyłam na waleczną kozę walczącą ze swoją niemocą, a ja nie mogłam jej pomóc. Późnym wieczorem uspokoiła się i o północy zostawiłam ją przeżuwającą cofkę. Wydawało się, że lekarstwa zadziałały więc poszłam spać.
Rankiem niestety było już bardzo źle i wiedziałam, że to są ostatnie godziny naszej Baśki.
Nic już nie mogłam zrobić oprócz tego, że byłam z nią, głaskałam po szyi i za uszami, tam gdzie lubiła. Odeszła w nocy, spokojnie - sama , bo nie byłam w stanie jej towarzyszyć.
Żegnaj Baśka.
PS
Bardzo cicho w koziarni bez Baśki.
sobota, 23 listopada 2013
Dzieci Amelki
A potem nieoczekiwanie zaczęło się pasmo nieszczęść.
Najpierw zachorowała jedna z matek - Puci, której nie pomógł weterynarz, a nawet przypuszczam, że dobił ją zbyt dużą dawką leku. Zostawiła dwa maluchy Pipi i Pepe, ale ich historię opiszę innym razem.
A pod koniec października coś zaczęło dziać się z Adą. Przewracała się i nie umiała wstać, aż w końcu zupełnie przestała chodzić. Oczywiście weterynarz nie wiedział co jej jest. Od momentu gdy zachorowała zaczęłam nazywać ją Adelka. Miałam dziwne wrażenie, że jej pierwsze imię Ada, które fajnie komponowało się z imieniem nadanym bratu, przyniosło jej jakąś złą karmę. Nie pomyśleliśmy, że źle się kojarzy, sąsiadka - właścicielka fabryki psów właśnie tak ma na imię. Czy miało to jakieś znaczenie ? Może nie, ale kózka i tak została przemianowana na Adelkę.
Adi i Adelka 23.10.2011
Zimę Adelka właściwie przeleżała, dopiero z wiosną nasze starania, leczenie i ćwiczenia przyniosły efekt - Adelka wstała. Ale chodziła jakoś tak krzywo, no i często trzeba było pomagać jej wstać. Pierwsze dni na wypasie na zmianę spędzaliśmy z Adelką pilnując, żeby się nie przewracała. A ona stała, patrzyła na trawę i nie jadła. Po kilku dniach zaskoczyła - zaczęła skubać i potem było już coraz lepiej.
Do dzisiaj nie mogę zapomnieć tej strasznej zimy - zachorował kozioł Bartek i nie dało się go uratować, chora była Adelka, po Puci zostały dwa osierocone maluchy, w styczniu zachorowała Baśka, a do tego wszystkiego w lutym zupełnie nagle padł Adi. Wieczorem był zdrowy, a rano mąż po wejściu do koziarni znalazł go nieżywego - to była już kompletna rozpacz i porażka.
Adi zapowiadał się na wspaniałego kozła, jako jedyny odziedziczył po ojcu - Bartku rasy norweskiej piękną długą okrywę. I oczywiście miał zostać u nas.
Tak mnie te wszystkie problemy załamały, że chciałam zrezygnować z hodowli. Co robimy źle ? Czy to pech czy nasza wina? Powiedziałam mężowi, że albo dowiemy się co się dzieje, albo ja już więcej nie chcę mieć kóz. Oddaliśmy Adiego do badania i sekcja też nic nie wykazała !
Żałuję, że wtedy nie wiedziałam o istnieniu forum dla koziarzy, z którego w sumie najwięcej można się dowiedzieć. W tamtym czasie wypytywałam różnych weterynarzy i nikt nic nie umiał pomóc, a wręcz uzyskiwałam sprzeczne informacje, szukałam książek, ale te które przeczytałam niewiele mi wyjaśniły.
Wiosna wraz ze słońcem przyniosła poprawę, a i ja też pogodziłam się z tymi stratami.
Adelka pasła się razem z innymi kozami, chociaż chodziła lekko skrzywiona na bok, nieźle sobie radziła. Gdy pozostałe kozy zaczynały wieczorną gonitwę "z górki na pazurki" czasem też biegała razem z nimi. Wreszcie też dowiedziałam się co jej dolega - weterynarz, który ostatnio przyjeżdża do naszych kóz stwierdził wadę rozwojową - dysplazję stawu biodrowego i w tym wypadku nie było możliwości wyleczenia.
Adelka - jeszcze zdrowa
Adelka i inne kozy - maj 2013
Spodziewałam się, że kózka nie pożyje długo - te jej ciągłe problemy z poruszaniem i huśtawka - raz lepiej, raz gorzej - odbiły się na jej zdrowiu ogólnym. I nic na to nie można było poradzić.
1 listopada straciliśmy też Adelkę.
Dzieci Amelki naznaczone jej traumą żyły zbyt krótko. Pocieszam się tym, że było to dobre kozie życie - pełne zabawy, swobody, soczystej trawy, naszej troski i miłości.
sobota, 12 października 2013
Magister
Nieraz sobie myślę, że coś ze mną nie tak lub mało we mnie pierwiastka kobiecego, czy też jakkolwiek to nazwać - faktem jest, że nie piszczę i nie uciekam na widok takiego stworzonka.
Jesienią bodajże cztery lata temu - jak to zwykle jesienią bywa - do domu zaczęły ściągać myszy. Nie powiem, że lubię ich zapach i pozostawiane wszędzie kupki. Wobec tego mąż kupił łapki - amerykańskie, których konstrukcja pozwalała w miarę humanitarnie (?) czyli natychmiast uśmiercić mysz.
Kilka myszy szybko poległo, a potem zaczęło dziać się coś dziwnego. Z łapki zaczęła znikać przynęta a klapka, która powinna opaść, dalej pozostawała otwarta.
Trwało to dobrych kilka dni - my zostawialiśmy na łapce kawałki jedzenia, po czym stwierdzaliśmy, że jedzenie zniknęło, a łapka nadal jest otwarta. I wokół nie było żadnych śladów kupek.
Pewnego wieczora stałam w kuchni dumając nad tą łapką, gdy nagle poczułam na sobie czyjeś spojrzenie.
Odwróciłam się powoli i zobaczyłam wychylający się zza zamrażarki mały łepek z dużymi uszami i wielkie, błyszczące oczy wpatrujące się we mnie. Te oczy zdawały się pytać - a dlaczego chcesz mnie zabić???
Popatrzyliśmy dłuższą chwilę na siebie i stworzonko zniknęło za zamrażarką.
Zamknęłam łapkę i schowałam do szuflady. I już więcej nie próbowałam jej nastawiać.
Magister - bo tak nazwaliśmy to stworzenie - zjawiał się punktualnie o siódmej wieczorem, zjadał to, co dla niego zostawialiśmy i znikał. Od czasu do czasu nocą buszował po kuchni i zabierał do swojego mieszkanka gdzieś na strychu zapasy. Jak przenosił orzechy włoskie ? Cóż - to jakaś wybitna leśna mysz ! Potem toczył te orzechy po strychu a my śmialiśmy się, że Magister gra w kręgle. Tak spędziliśmy razem zimę. Wiosną Magister przyprowadził malutkiego potomka, ale po kilku dniach razem wyprowadzili się do lasu.
Kolejnej jesieni Magister nie pojawił się. Zaglądałam za nim, wystawiałam jedzenie ale nic - pomyślałam więc, że pewnie nie przeżył. Swoją drogą - jak długo żyją takie "nadmyszy" ?
Zeszłego roku Magister znowu zawitał u nas. Przetrwaliśmy ostrą i długą zimę, kiedy wiosną nagle w spiżarni za łazienką pojawiło się mnóstwo myszy. Postawiliśmy tam zwykłe łapki i niestety....
Magister zamiast siedzieć na swoim strychu, schodzić do kuchni i zjadać to co mu zostawiałam, zaczął odwiedzać również tamto pomieszczenie.
I stało się - kiedyś nie zdążył ściągnąć jak zazwyczaj przynęty - spadająca łapka coś mu uszkodziła. Znalazłam go w łazience, kiedy wspinał się powoli i z wysiłkiem po rurze na swój strych. Pomogłam mu - podtrzymałam, żeby się nie ześliznął. Na zdjęciu, które mu wtedy zrobiłam, później zobaczyłam na łepku ślady krwi.
I nigdy więcej go już nie widziałam.
Tak oto łakomstwo zgubiło naszą super mądrą mysz leśną zwaną Magistrem.
A w tym roku myszy łapałam pułapką żywołowną i wypuszczałam do lasu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





















