poniedziałek, 11 września 2017

Widok z hamaka czyli jak to z sąsiedztwem bywa


Są takie sprawy, o których staram się nie myśleć. Z różnych przyczyn, głównie jednak z tego powodu, że są nierozwiązywalne. Nie mogę ich pchnąć do przodu, zakończyć czy też choćby mieć nadzieję, że być może za jakiś czas coś się zmieni.
Jedną z nich jest pewien mały kawałek łąki, pastwiska właściwie, bo tak jest sklasyfikowany ten grunt w ewidencji. Jednak jakże ważny dla mnie. Gdyby był gdzieś dalej, w większej odległości od domu - jednak jest tak, że ten wąski spłachetek ziemi szerokości 10 metrów leży pomiędzy naszymi - również podobnej wielkości  "szalikami".



Historia ma początek w czasach dawno minionych. Odludny przysiółek upodobali sobie ówcześni władcy z kręgów prokuratorsko- esbeckich i kilku kupiło tu opuszczone gospodarstwa. W owym czasie było to prawdopodobnie najbardziej stelefonizowane miejsce w PRL-u. W środku lasu telefony były w pięciu ( na dziesięć ) domach ! Rodzice ( nie z tych kręgów ) kupili dom z telefonem (!), załatwionym przez poprzedniego właściciela - pracownika poczty. Czy miał też jakąś inną funkcję ? - nie wiem i nie chcę wiedzieć.
Wówczas osiedleńców z miasta nie interesowały pola, ziemia była, no bo była, ale nikt nie uprawiał, nie korzystał. Któż wtedy przypuszczał, że po latach wszystko się zmieni.
Przeskoczę teraz do nieodległej już przeszłości - do roku 2005. Mieszkaliśmy tu już dwa lata i  mieliśmy różne pomysły na wykorzystanie leżących odłogiem hektarów.
Zaczęliśmy od zamiany z sąsiadem - tym, który z serdecznego kolegi zmienił się w fabrykanta psów, o czym pisałam już TUTAJ



Następnie rozpoczęliśmy rozmowy z właścicielką sąsiadujących z naszymi kolejnych gruntów - dwóch działek wielkości 1,27 ha, położonych obok naszych czterech podobnych, tworzących polanę otoczoną z trzech stron lasem oraz 10-cio arowej działki tuż przy naszym domu. Pani S. - wdowa po ważnej personie z "tych" - nie była  zainteresowana sprzedażą, zgodziła się tylko na dzierżawę. Byliśmy wstępnie umówieni, ale gdy dostałam do ręki umowę, (przygotowaną przez jej wnuka prawnika), to po pierwsze nie było w niej mowy o tym najbliższym, małym kawałku ziemi, po drugie umowa obfitowała w takie paragrafy, które zadziwiły nawet naszego radcę prawnego. Wobec tego nie została zawarta.
Czas sobie płynął, kiedyś spotkałam ową sąsiadkę i wróciłyśmy do rozmów, z tym, że teraz nastąpiła zmiana i Pani S. chciała sprzedać tę najbliższą działkę. I tu zaczęły się schody.
Był już rok 2006 - działka z rolnej nagle stała się budowlaną. Pamiętacie ten czas, kiedy kto żyw kupował pola, aby je przekształcać ? Znam parę osób, które wzięły kredyt  i kupiły hektary, z myślą o przekształceniu ich na ziemię budowlaną. Okazało się, że jednak nie wszystko można odrolnić, no i nie wszystko ma nabywcę. Kredyty spłacają do dzisiaj, a ziemia leży.
Taką wizję miała też owa nasza sąsiadka. Kawałek pastwiska bez dostępu do drogi, wciśnięty pomiędzy inne pola, miał zostać sprzedany - owszem może i mnie, ale jako działka budowlana. Za kwotę, która dziesięciokrotnie przewyższała wartość takiego areału ziemi rolnej.  Zaproponowałam dwukrotnie więcej niż statystyczna cena ziemi o takiej powierzchni, niestety wizja działki budowlanej była nie do przeskoczenia.
W tym czasie już planowaliśmy budowę  i przy okazji powstawania projektu zrobiliśmy też porządek geodezyjny - pomiary, kamienie itp. Odbyło się okazanie granic, wezwani właściciele sąsiednich włości zjawili się w liczbie dwóch - przedstawiciel Lasów Państwowych oraz pani S. Protokół został podpisany.
Wówczas gdy geodeci wyznaczali granice, potwierdziło się to, co widzieliśmy na mapach - wyjeżdżona i wydeptana droga biegnąca wzdłuż wszystkich działek aż do lasu, tak naprawdę w ogóle nie istnieje.
To znaczy jest, bo tędy wszyscy zawsze jeździli. Kiedy jednak pól od lat nikt nie uprawiał, to z tej "drogi" korzystali wyłącznie "leśni", którzy skracali sobie dojazd do wyrębu.
Pamiętam, że bardzo mnie to rozjeżdżanie łąk denerwowało - kto widział, to wie jak wygląda wyrąb, jakie wielkie ciągniki wywożą tony drewna. Składowisko wyciętych kłód też ( oczywiście nie pytając) robili sobie zwykle na naszej łące.
Cierpieliśmy w milczeniu kilka lat. Jednak miarka przebrała się w dniu, gdy nasi geodeci wytyczali granice, a leśnik zjawił się sprawdzić, kto mu tu lata po "jego" polach. Gdy usłyszał od geodetów, że tu nie ma drogi, to stwierdził, że właśnie za dwa tygodnie będą tę nieistniejącą drogę wysypywać żwirem, bo samochody z urobkiem zakopują się na łące. Na potwierdzenie tych słów nazajutrz wzdłuż naszych łąk aż do samego lasu, przejechał wielki ciągnik wykaszając pas szerokości jakiś trzech metrów.
No tego już było za wiele.  Natychmiast napisałam do Nadleśnictwa opisując sytuację, przypominając o podpisanym protokole z okazania granic. Postawiliśmy też wtedy płotek - prowizoryczny - z kilku gałęzi, ale żeby unaocznić, że wjazdu nie ma. Po czym  Nadleśniczy wypowiedział umowę dzierżawy, którą zawarliśmy jakieś dwa lata wcześniej ( przyczyna wypowiedzenia oprócz tej była jeszcze jedna, ale to już temat na inną, skomplikowaną opowieść z kolejną personą w tle ).

Płotek -  za słupem

I tu wracam do tematu głównego. Kolejne  lata urozmaicane  były regularnymi wizytacjami pani S. wraz z potencjalnymi kupcami. Najpierw na małą działkę - tę tuż obok nas. Zwykle wszyscy byli w trybie głośnomówiącym, więc nieraz siłą rzeczy słyszałam ich rozmowy.
Potencjalny kupiec pytał - no to gdzie są granice ?
- O tu - Pani S. zataczała okrąg szerokim ruchem, wskazując też działki obok, czyli nasze.
A droga gdzie ? - drążyli kupcy.
No tutaj - przecież widać - odpowiadała Pani S. ( przypominam, że była na okazaniu granic i doskonale wiedziała, że drogi dojazdowej nie ma ).
A wodociąg gdzie ? - Nie ma, ale tutaj pełno wody, można wykopać studnię, żaden problem - tak zwykle mawiała Pani S.
Kanalizacja ? - Nie ma, trzeba wykopać szambo. Ale prąd jest - słup na środku działki.
Potem Pani S. prowadziła ich zwykle na dalsze oględziny - tych łąk pod lasem.
Nie powiem, że te wizyty mnie nie wkurzały. Wręcz przeciwnie, po nich zwykle długo nie mogłam się uspokoić. A jak znajdzie kogoś, kto uwierzy, że tu można postawić dom ? I zacznie się kopanie z koniem ?
Mijały kolejne lata, szczęśliwie chętny się nie znalazł - nawet na te duże kawałki ziemi zgłoszone, a jakże - do sprzedaży. Do nich dostać się można również tylko i wyłącznie przez nasze pola lub ewentualnie przez las.
W 2008 zaczęliśmy budowę i kiedy pewnego dnia zastaliśmy jakieś dzieci bawiące się w wykopach, postanowiliśmy nasz teren ogrodzić .


Był już rok 2009, kozy dostały nową koziarnię i przy tej okazji ogrodziliśmy wszystkie łąki w pobliżu domu. Czyli w mniemaniu Ludzi, a zwłaszcza pani S. zagrodziliśmy wjazd do lasu i zabraliśmy Ludziom drogę.
Po postawieniu płotu z siatki leśnej co jakiś czas odbywały się pielgrzymki rodzinne pani S. w różnych, zawsze licznych składach. Przede wszystkim gromadnie wpatrywali się w kamienie, które pomimo wielokrotnego i skrupulatnego ( z mapami )  badania, jakoś nie chciały zniknąć, ani nawet się przesunąć.


Tak wygląda Pech Pani S.- z trzech stron my, z czwartej (skoszone za słupem ) ktoś inny

Czas mijał,  a tu pewnego niedzielnego popołudnia niespodziewanie zawitała u nas Pani S. Usiadła i wypaliła z propozycją.   Mianowicie odda ( !) nam tę małą działkę w zamian za wydzielenie z naszych pól dojazdu do jej ziemi.  Zaniemówiłam na chwilę, po czym zapytałam -  jakiż ja miałabym mieć w tym interes ? No, będzie pani miała większy ogród - odparła.
Na co zapytałam, że jak to, przecież aby tam dojechać, to z obydwu działek - tej pierwszej mojej i drugiej jej, a także kolejnych kilku trzeba byłoby oderwać pas szerokości drogi. Próbowałam jeszcze tłumaczyć, że tu taki spokój i cisza, że przecież wystarczy jedna droga przed domem, a pamiętam ambaras z samochodami leśnymi i nie chcę hałasu itp, itd...
Na co Pani S. stwierdziła, że w takim razie spotkamy się w sądzie, bo ona wystąpi o ustanowienie drogi koniecznej. Odparłam jej,  że właścicielem dwu działek są Lasy Państwowe, a my je dzierżawimy. No cóż, tego Pani S. nie wiedziała, a raczej już zapomniała. W jej wyobrażeniu to tylko ja i mój upór stały na tej drodze dojazdowej. W momencie gdy dotarło, że to nie tylko ja, miałam asa w rękawie. Wizja toczenia sporu również z Lasami Państwowymi zaważyła i Pani S. poszła sobie. Po tej rozmowie znowu miałam zepsuty humor na kilka dobrych tygodni.

Lata mijały, do mnie docierały wieści o kolejnych próbach znalezienia dojazdu do żyły złota jaką pewnie stałyby się te dwa hektary. Pani S. nie mogła pojąć, że w czasie gdy ludzie jeszcze uprawiali pola, to jeździli po swoich wzajemnie, a to co widziała jako drogę, nigdy nią nie było. I nie ja to wymyśliłam. Geodeci dotarli do map z czasów pierwszych osiedleńców - powracających żołnierzy napoleońskich - już wtedy ten podział istniał.
Nie mam pretensji ( bo nie mogę przecież mieć ) o to, że kobieta chciałaby sprzedać i zarobić, takie jej prawo. Nawet ją rozumiem, los sprawił, że akurat jej ziemia jest niesprzedawalna, czy też nadaje się wyłącznie dla rolników - np.wariatów od kóz. Nie rozumiem tylko tego, że tyle lat nie potrafi zaakceptować faktów, a w jej mniemaniu, to ja stoję na drodze do sukcesu finansowego.

Rozmawiałam z panią S. jakieś dwa lata temu i gdy zapytałam, czy nie byłaby skłonna jednak zastanowić się nad sprzedażą odpowiedziała, że musi naradzić się z rodziną, ale chyba nie, bo wnuk będzie się tu budował.  Cóż, pożegnałam się życząc zdrowia.


Przez te wszystkie lata przyzwyczaiłam się do myśli, że ten fragment łąki pozostanie własnością Pani S. czy też jej potomków, a oni nigdy nie zrozumieją, że jedynym potencjalnym kupcem jestem ja, bo nikt rozumny tak położonej działki nie kupi.
Właściwie ostatnio w ogóle o tym nie myślę. A dlaczego teraz ten temat powrócił ?  Z prozaicznej i zarazem radosnej przyczyny - doczekałam się wylewki pod taras. Taras ciągle w budowie, ale ja natychmiast wyciągnęłam zakurzony hamak, który tyle lat stał i marnował się pod wiatą. Bujając się, mam widok na tę łąkę. I tyle. W przyszłym roku rzucę tam nasiona kwiatów, a może zasieje się samosiejka brzozy lub kilku brzóz -  kto wie ???



PS
Parę dni temu najnowsza sąsiadka - adwokatka, która trzy lata temu kupiła kolejowy domek, opowiedziała mi, jak to wnuk Pani S. proponował jej sprzedaż dwóch dużych działek. Adwokatka zapytała o dojazd, z map przecież jasno wynika, że go nie ma. Wnuk prawnik odpowiedział - kup, a potem będziesz się sądzić z tamtymi ludźmi  o drogę konieczną.
Tą opowieścią pogrzebała resztki nadziei na to, że może kiedyś ja dogadam się z Tamtymi Ludźmi.   

8 komentarzy:

  1. Koszmar użerania się z niechcącymi dogadać się ludźmi, koszmar sąsiadowania z takimi...koszmar własnej bezradności.Czemuż to człowiek nawet w swym wyczekanym, wypracowanym i zasłuzonym raju na ziemi musi doświadczać także tego przykrego wymiaru człowieczeństwa? Ludzie wszędzie tacy sami, takze i w naszych małych rajach. Zdaje się, że tyle tego naszego raju, ile go w sobie potrafimy zbudować. Bo on bardziej w nas niż na zewnątrz. Ale miło jest, cudownie wręcz, gdy harmonijnie się ze sobą wnętrze i zewnętrze splata. Czasem tak bywa. I wtedy hamak, ławeczka, przymknięte oczy i cisza...Czego trzeba więcej...?Oby duzo było takich chwil,obyśmy umieli pogodzic sie z tym, na co nie mamy wpływu. Obyśmy umieli cieszyć sie tym, co jest.Bo i to przecież wiele.
    Andziu, ściskam cię mocno!***

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak Olgo, pomimo takich atrakcji mam naprawdę wiele i umiem ten swój raj docenić. Pomimo wszystko i tak żyję w lepszym miejscu niż większość ludzi. A że z takimi niezbyt przyjemnymi ludźmi gdzieś w tle ? Czasem myślę, że innych już nie ma...
      Serdecznie pozdrawiam :)

      Usuń
  2. Nawet nie wiesz, jak Cię rozumiem :)! 19 lat temu kupiliśmy od gminy dom nauczycielski z ogrodem , w środku wsi. Podejrzewaliśmy, że nie wszystko jest w porządku z granicami, ale nie mieliśmy kasy na geodetów- dzieci chorowały, remonty się przeciągały a sąsiedzi co roku skibę ziemi "zagospodarowywali". Kiedy wreszcie zrobiliśmy okazanie granic,rozpoczęło się piekło- wyzywanie od najgorszych itp- starsza ponad 80 letnia pani, która codziennie biegała do kościoła prawie pluła na mnie a o plotkach nie wspomnę. Kiedy odeszła, przez pół roku był spokój, jednak prawie 50 letnia córka nadal uważa, że zabraliśmy jej ziemię. Oficjalnie wszystko jest w porządku, podpisała dokumenty i...opowiada o swojej krzywdzie. Mieszkamy obok, słyszymy się, na ogród wychodzę, gdy nie ma ich w domu, ot życie... Pozdrawiam BDB

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Współczuję, masz nieporównywalnie gorszą sytuację. Owa sąsiadka nigdy nie mieszkała tu na stałe, tylko weekendowo, poza tym jej dom jest tak daleko, że nie wiem czy jest czy jej nie ma. Widuję tę rodzinę tylko podczas ich spacerów na te grunty. Muszą przecież sprawdzać sytuację, bo a nóż kamienie się przesunęły lub powstał jakiś most czy coś :)

      Usuń
    2. Staram się żyć normalnie,postawiliśmy płot betonowy 1,75 choć nie cierpię ! :), a 1m od ich siatki tuje ( też nie planowałam, ale rosną szybko i gęsto)- mają mniejsze możliwości podglądania i podsłuchiwania:). Z tarasu korzystamy, gdy już pójdą do domu i tak to jest :) Staram się nie dać zdominować :)BDB

      Usuń
    3. Tak trzymaj ! A z czasem sytuacje może się zmieni na lepsze. My mieliśmy kilkuletnią gehennę z hodowlą psów - też o tym pisałam w innym poście. Minęło siedem lat ( tylko ? aż ?) i jest nieporównywalnie lepiej. Życzę cierpliwości i pozdrawiam :)

      Usuń
  3. ostrożnie ! moi sąsiedzi po 15 latach nieuznawania że siedzą na 500 m kw mojej ziemi poszli do sądu i wygrali sprawę przez zasiedzenie. Czyli bez jakiegokolwiek odszkodowania. i NAWET ZWROTU PODATKÓW, BO obowiązują roszczenia 5 lat

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To dziwne, aby sąd uznał zasiedzenie w dobrej wierze musi minąć 20 lat, a w złej wierze 30. Najlepiej skonsultować taką sprawę z prawnikiem.
      U mnie nie ma szans na akcję z zasiedzeniem, ponieważ sąsiadka podpisała protokół na okazaniu granic.

      Usuń