poniedziałek, 31 lipca 2017

Od przybytku głowa...

boli jednak - w moim przypadku. Chociaż po tylu latach spokojniej podchodzę do kozich narodzin, to jednak zawsze towarzyszą temu wydarzeniu emocje.
Tegoroczny wynik 7 : 4 dla kózek. Dokładnie odwrotnie niż zeszłego roku.
Jak wspomniałam w którymś poście, tegoroczne wykoty to była duża niewiadoma. Która koza,  kto z kim  i kiedy ? Chociaż to -  kiedy, można było przewidzieć - początek marca.
Pierwsza jednak zupełnie niespodziewanie w styczniu urodziła Amelka -  parkę Ksawerego i Ksenię.



Szczęśliwym ojcem został Gustaw. Według wszelkich norm nie powinien, bo w kluczowym momencie miał cztery miesiące. Akcję widział mąż, no i okazało się, że kozioł potrafi, taki zupełnie młody też.
Hodowca ( prawdziwy ) zapytałby dlaczego nie odłączyliśmy młodych koziołków na czas ? Ano inaczej się nie dało - w tym czasie Grachos leżał chory i towarzyszyły mu dwa koziołki Iwo i Kajtek. Było z tym wystarczająco dużo zamieszania, więc przeniesienie kolejnych trzech - Maksa, Gustawa, Berniego nie było możliwe. Grachos odszedł 10 sierpnia i tego samego dnia młode przeprowadziły się na koziołkową łąkę.
Tak więc w styczniu się zaczęło, a ja kolejne miesiące czekałam na kolejne niespodzianki.
I ciągle wkurzałam się na siebie, na męża, że nie upilnowałam, że mówiłam, że trzeba było zrobić porządny płot, a nie liczyć na pastucha, a w ogóle to najlepiej rzucić firmę, miasto i pilnować kóz...
Co się stało ? Otóż październikowego wieczora przyjechałam do domu i zastałam wszystkie kozy razem. Zadowolone, że hej. Koziołki  sforsowały ogrodzenie, potem podwójne ogrodzenie elektryczne. Ruję miała Berta, niespełna roczna, piękna kózka. Jak zobaczyłam wszystkich razem, przeżyłam chyba lekki szok, bo do dzisiaj nie wiem, jak udało mi się zagonić kozy do koziarni, a bandę koziołków do ich budy. Umęczona do granic przyszłam po chyba paru godzinach do domu i poryczałam się ze złości. Taka piękna Berta i za wcześnie pokryta ! Planowana była na przyszły rok, tak jak i pozostałe młódki.
I tak w efekcie  - 1 marca Berta  -urodziła dużego koziołka, który dostał imię Fred. Fred - bo uwielbia wskakiwać na drewniany podest, na którym dajemy kozom owies i są dojone, a na tym podeście z upodobaniem tupać, co wygląda jakby stepował. Stukot kopytek sprawia mu widoczną przyjemność.
Dodatkowym efektem tej pierwszej ucieczki była ciąża Fridy. 2 marca urodziła trojaczki - trzy kózki !

Trojaczki - Panda, Fela i Kolorowa
Berta i Fred

Kiedy wydawało mi się, że zrobiliśmy wszelkie umocnienia, kolejnego październikowego wieczora wracam z miasta i cóż widzę ? Wszystkie kozy na ogrodzie, a między nimi niezmiernie zadowolony Gustaw.
Ruję miała Maja, kolejna młódka. Zew natury okazał się tak silny, że tym razem kozy zrobiły dziurę w płocie i wszystkie (chyba dla towarzystwa) przelazły na ogród. Potem wezwały Gustawa, który nie wiem jakim cudem, znowu dotarł tam do nich.
Akcja rozdzielania była jeszcze dłuższa, bo tym razem kiedy uporałam się z zamknięciem kóz, nie mogłam złapać Gustawa. Udało się chyba po jakiś dwóch godzinach.

Gustaw Jurny- prawdopodobny ojciec wszystkich

No i dokładnie po pięciu miesiącach Maja urodziła koziołka nazwanego nie wiedzieć czemu Muli, a dodatkowym efektem drugiej ucieczki była ciąża Belli, najładniejszej młódki z zeszłego roku.
"Planowanie to czas stracony" - ulubione powiedzenie mojego Taty sprawdziło się w stu procentach - tegoroczne wykoty to totalna porażka hodowlana.

Obrączka i Helga - córki Belli

Jakby tego było mało, na zakończenie tej niechlubnej serii uciekła Pipsi i tym razem to ona jakoś dostała się do koziołków. Tego dnia byłam w domu, ale w tym czasie przyjechała siostra i poszłyśmy na grzyby. Kiedy po dwóch godzinach wróciłyśmy, Pipsi już szalała z koziołkami na łące. Na łapanie było za późno, próbowałam, ale po godzinie zrezygnowałam. W nocy sama wróciła do koziarni, słyszałam, że meczy i kompletnie załamana poszłam tylko otworzyć jej boks.
29 marca Pipsi urodziła Emila i Emilię. Ojcem był prawdopodobnie również Gustaw, bo to on nie dopuszczał innych do Pipsi.
Tak jak wszystkie poprzednie koźlęta były zdrowe, to Emil urodził się bardzo słaby. I tu znowu hodowca popukałby się w czoło. Zamiast pozwolić mu odejść, zaczęliśmy walkę. Weterynarz, witaminy, karmienie butelką. Po tygodniu chodził, pił mleko już od matki z tym, że na początek nie wypuszczaliśmy tej trójki razem z innymi kozami. Małe zostawały w boksie, a gdy Emil okrzepł - Pipsi i dwa maluchy pasły się osobno.

Pipsi i Emil

Z Emilem było zamieszanie, bo matka niezbyt chętnie chciała go karmić i trzeba było ją przytrzymywać.
Po miesiącu pasły się już razem z resztą stada, jednak Emil zwykle gdzieś zamarudził, a potem mecząc wielkim głosem, szukał reszty. Czasem wracały po niego, zazwyczaj też Emilia kręciła się niedaleko. Kozy po pewnym czasie przestały go poszturchiwać, jednak Emil wyraźnie odstawał. Nie biegał z innymi koźlętami, białą nóżkę miał jakby wykrzywioną, a i wydawał się lekko opóźniony umysłowo.     


  
Może uda się czegoś napić?
Emila już nie ma - odszedł 21 lipca, po uporczywej biegunce. Nic nie pomagało, zresztą w pewnym momencie przestał rosnąć i widać było, że długo nie pożyje.
Pozostałe koźlęta na szczęście rozwijają  się bez problemu, więc wszystko dobrze się skończyło.
Wkrótce jednak będzie dylemat - które z nich zostawić, które ewentualnie oddać , no i gdzie oddać jeżeli już ? Mamy przecież ograniczoną ilość miejsca. Póki co, przed wykotami żółtą budę służącą jako magazyn siana zamieniliśmy na pomieszczenie dla kilku kóz.


Przeprowadziła się Amelka z koźlętami, Petra córka Fridy, obie mieszkały dotąd razem - a Frida miała przecież zaraz rodzić, oraz Antonia córka Amelki zwolniła swój boks Mai - kolejnej ciężarnej matce.
Nie obyło się bez ogólnych meków związanych z rozłączaniem, przenosinami z boksów do boksów i przeprowadzką do budy. Zwłaszcza Amelka długo protestowała wyrzucona z miejsca, które zajmowała kilka lat. Serce mnie bolało, jednak pocieszałam się tym, że przeprowadzka dała tej podgrupie więcej przestrzeni  i swobody. Teraz mogą wychodzić na łąkę kiedy chcą i dzisiaj mogę powiedzieć, że Amelka i reszta zaakceptowały zmianę.


Nowe mieszkanie bandy Amelki stało się nieoczekiwaną atrakcją i reszta stada z koziarni czeka tylko na możliwość wejścia do środka. Kolejka regulowana jest przez kierowniczkę lub inną stałą mieszkankę. To niezła zabawa.
Zmiany zaszły również w podgrupie białych wykastrowanych koziołków. Ale o tym następnym razem...

8 komentarzy:

  1. Tyle co zajrzałam, poczytam później. Gratulacje dla rodziców i Was gospodarzy :D Niech się zdrowo chowają i pięknie rosną oraz będą grzeczne :)
    A tymczasowa szopka mnie wprost oczarowała :D Muszę sama o czymś takim pomysleć :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Agatek :)Szopka to tak naprawdę barakowóz. Wszystko wskazuje na to, że Amelka z resztą spędzą tam też zimę :)

      Usuń
  2. To ci ambaras !!! I tak jesteś wielka, że radzisz sobie z takim stadkiem kóz. Ja chyba nie miałabym cierpliwości, a to co przeżyliście traktuję jako przestrogę, bo od dawna chciałam mieć kózki. Teraz już mi się odechciało. Zwierzaki są fajne , ale nie - dziękuję :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Trzymanie kóz to jak permanentna przygoda - nigdy nie wiesz czym cię zaskoczą. Jako towarzystwo to fajne zwierzęta, oczywiście trochę zachodu wymagają, ale dopóki nie rozmnażasz, to nie ma z nimi wielkiego ambarasu. Wystarczy pomieszczenie, łąka i siano na zimę. Nam jednak zachciało się korzystać z dobra, które oferują czyli mleka. No i poszło... Wiem, że warto - nie ma to jak własnej produkcji serek ! Od kilku lat jem wyłącznie swoje wyroby - jogurt, mleko i sery. Dlatego nie żałuję, chociaż wiem, że bez kóz miałabym więcej czasu. Zawsze jest coś za coś :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Okropnie się ubawiłam, czytając o przebiegłości Twoich kóz. Może to nieładnie, naśmiewać się z cudzego nieszczęścia, ale patrząc z boku, jest w tych sytuacjach dużo elementu komediowego.
    Mam nadzieję, że uda ci się obdzielić przychówkiem dobrych ludzi.
    I życzę szczelnych ogrodzeń w przyszłości.

    OdpowiedzUsuń
  5. Fakt, w sumie to niezła komedia, zwłaszcza to łapanie i wleczenie opierających się koziołków, meczących w niebo głosy. Dobre ćwiczenie na gibkość i rzuty na trawę. Na szczęście tu nie ma przechodniów.
    A płot już poprawiamy - ruja tuż, tuż. Chociaż kto wie, co wymyślą w tym roku ???
    Z domami dla koziołków nieco gorzej, a nawet beznadziejnie. Pozdrawiam z lasu ;)

    OdpowiedzUsuń