czwartek, 22 września 2016

Dęby


Jeszcze stoją. I nawet im do "głowy" nie przyjdzie, iż pomimo tego, że żyją już ponad sto lat, to nie wojna, kataklizm, katastrofa, czy też inna nagła ludzka przyczyna będzie powodem do ich unicestwienia.
Powodem będzie li tylko głupota. Urzędnicza, polska i porażająca. Przetaczająca się przez ten piękny kraj. Jedna z wielu głupot, pączkujących i nie mających końca.
O co tym razem chodzi ?
O odległość drzew od trasy przebiegu pociągu - piętnastometrową - i to z każdej strony.
Ta sprawa spadła na nasz przysiółek zupełnie niespodziewanie, za przyczyną rozbudowanego w pobliskiej wsi olbrzymiego tartaku.
Tartak hałasuje od jakiegoś czasu, odgłosy docierają przez las, pomimo, że jest w dość znacznej odległości.
Jakby tego było mało, to postanowiono reaktywować nieczynną od lat linię kolejową.
Pamiętam jeszcze pociągi, sama nimi jeździłam. Potem - w latach dziewięćdziesiątych linia padła, tory rozkradli, las zarósł torowisko i jak dla mnie było dobrze.
Ale teraz okazało się, że linia zostanie odbudowana, a pociągi transportujące drewno, będą jeździć dwa razy dziennie. Jasna sprawa, może lepiej wozić te tony tarcicy koleją niż tirami.
Jednak nie mogę pojąć, po co dla dwóch pociągów pas szerokości 30 metrów.  Przecinający jak szpetna szrama piękny, a miejscami rzadko już spotykany niemalże dziki las.
Siłą rzeczy zetną również i te drzewa. Dęby, które zasadzili budowniczowie kolei, aby pasażerowie czekający na pociąg mieli cień. Ale to było dawno, wtedy gdy ludzie jeszcze myśleli.
Teraz już nie myślą, tylko niszczą.
Wiem, to problem ogólnopolski, a idiotyczne rozporządzenie dało powód do przetrzebienia niejednego lasu.
Teraz padło na nasze przysiółkowe dęby.

Tory biegły na prawo od dębów, tam gdzie teraz rośnie las.


W piątek narada z tymi, którym zależy.  Jest nas bardzo mało, bo to małe miejsce i nie wiem, czy coś w ogóle da się zrobić. Spróbujemy. 

czwartek, 8 września 2016

Łąka

Banalne i wyświechtane stwierdzenia -  "nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło " czy też  "każdy kij ma dwa końce", jak również inne podobne, znalazły potwierdzenie podczas mojej ponad trzymiesięcznej walki z chorobą koziołka Grachosa.
Po pierwsze codzienne ranne i wieczorne ścinanie trawy - ręczne, za pomocą nożyc, przyczyniło się do zmniejszenia rozmiaru - mojego oczywiście. Gimnastyka trwająca po pół godziny minimum, a często dłużej i częściej,  również znacznie polepszyła moją kondycję. Grachos zajadał świeżą trawę, a ja odczułam pozytywny efekt tego "poświęcenia".
Druga znacznie ciekawsza sprawa, to obserwacje łąki z poziomu kolan. Ileż tam życia i walki, jakie bogactwo form i kolorów. Można by  położyć się na kocu, tak jak w dzieciństwie i podglądać godzinami... 
Zupełnym jednak zaskoczeniem była taka oto straszno-piękna modliszka.




Nie mogłam uwierzyć własnym oczom, bo nawet nie przypuszczałam, że można ją spotkać w Polsce. A tu proszę - oto jest na mojej łące ! 
Za kilka dni jakby na potwierdzenie faktu, że to jednak nie były omamy, modliszka pokazała się jeszcze raz - wieczorem siedziała sobie na firance.

Modliszka zwyczajna

Te oczy  ;)

Oprócz modliszki wypatrzyłam wiele ciekawych osobników i jak to wśród dyletantów bywa - nie wiem czy rzadkich, czy pospolitych.  Z pewnością pięknych.
Nie napiszę o owadach nic ciekawego, bo to przecież wymaga wiedzy, a entomologiem już nie zostanę...
Jednak takiego zwykłego "oglądacza" jak ja, zadziwia niezwykłe bogactwo owadziego świata.
I cieszy spotkanie oko w oko z modliszką.


Tygrzyk paskowany

Jak również z baldurkiem ;)

Baldurek pręgowany
Ważka płaskobrzucha - samiec





Niedźwiedziówka kaja

Pasikonik ???


Ciekawe jak wyglądam w jego oczach





piątek, 5 sierpnia 2016

Urlop z wyprostowanym palcem w tle


Bardzo chciałam wyjechać. Oderwać się od obowiązków, od firmy, od domu, od codziennej rutyny. Zapomnieć o zwierzętach, budowie, ogrodzie i o tym wszystkim co mam na głowie - a jest tego sporo. Odetchnąć innym powietrzem, popływać w zimnym morzu, posłuchać hałasu, od którego zwykle uciekam, w ogóle robić wszystko inaczej. Wszyscy tego potrzebują więc i ja też. Tym bardziej, że od sześciu lat nigdzie nie byłam, nie licząc krótkich wyjazdów na koncerty z Filharmonią.
Wreszcie w tym roku udało się - nad moje ulubione polskie morze, do ośrodka wczasowo - sanatoryjnego z genialną masażystką Olą. 








Wszystko było gotowe, walizka spakowana, dom i zwierzęta zostawały pod okiem męża.
Rano w dzień wyjazdu, chciałam jeszcze zrobić to, co zwykle ostatnio, czyli przewrócić Grachosa na bok i opatrzyć mu paskudną odleżynę.
W tym miejscu muszę wyjaśnić - 30 kwietnia Grachos - nasz kozioł alpejski sprowadzony z Austrii - zaniemógł. Padł i już nie wstał. Weterynarz robił co się dało, kroplówki, zastrzyki, witaminy, antybiotyki etc. I nic. Udało się wyprowadzić go na tyle, że jadł i przeżuwał normalnie, ale nie wstawał. Robiłam mu masaże, ćwiczenia i to również nic nie dawało. Na dodatek przedobrzyłam - chciałam, aby miał dostęp powietrza od dołu i niestety paleta, na której leżał ucisnęła mu zbytnio mostek i w tym miejscu powstała odleżyna. Chociaż oczywiście miał podesłaną słomę, jednak okazało się, że wystarczył moment. Pomimo tego, że dwa razy dziennie odwracałam go na drugi bok, aby skóra oddychała.
Weterynarz chciał go uśpić, ale ja uparłam się. Przede wszystkim chciałam wyleczyć odleżynę, o którą obwiniam siebie. Szukałam i znalazłam - niezwykle skuteczną maść, po której prawie natychmiast była poprawa. Rana z dnia na dzień wyglądała lepiej.
Z opatrunkiem natomiast była cała procedura - najpierw przewrócić kozła na bok, potem oczyścić, posmarować, no i Grachos musiał leżeć, aż maść wsiąknie. I tak rano i wieczorem.
Pomieszczenie - buda, w której trzy koziołki - Iwo, Kajtek i Grachos teraz mieszkają, na czas choroby zamykamy na dzień tymczasową bramką, tak aby "pacjent" mógł jeść i leżeć w spokoju.
Wracając do dnia wyjazdu - wzięłam akcesoria, maści i pobiegłam szybko opatrzyć Grachosa.
Niestety już dalej nie zrobiłam nic tak, jak zazwyczaj. Nie włożyłam rękawiczek i nie zamknęłam bramki.
Odłożyłam maść i rękawiczki na podłogę, odwróciłam się, aby go przewrócić, a w tym czasie wpadły koziołki, które jeszcze przed momentem pasły się daleko na łące. Kajtek chwycił tubkę z maścią i zobaczyłam jak znika mu w pysku. No nie, brakowało tylko tego, żeby zatruł się zawartością. Bez namysłu zaczęłam szukać tubki, przytrzymując prawą ręką otwarty pysk. Zajrzałam i nic, nie ma ! Czyżby ją połknął ? Sięgnęłam ręką głębiej, a koziołek w tym czasie zaczął się wyrywać. Ooo jakie kozy mają ostre zęby -tarki - ktoś już wie ? Ja tak !
Popatrzyłam na lewą dłoń - a widok był niezły - środkowy palec zmasakrowany, krew kapie i paznokieć wisi  na skórce. Jakoś przeskoczyłam przez ogrodzenie ( niskie ), kątem oka widząc, że tubka z maścią leży sobie spokojnie na stopniach przy wejściu do budy. Ten biały diabeł niepostrzeżenie wypluł ją, zanim zaczęłam gmerać mu w pysku.
Gdy przyszłam do domu, obejrzałam dokładnie ranę, urwałam wiszący paznokieć i poszłam do łazienki, gdzie mąż brał prysznic. Pokazałam mu  tylko palec i wyszłam. Mąż w ręczniku pobiegł po środek dezynfekujący, który został w budzie u Grachosa. Zdezynfekowałam ... i już dłużej nie dałam rady, musiałam usiąść... Mąż stał nade mną z plastrem, a ja podparłam głowę i odleciałam...


Nie wiem ile to trwało, pewnie kilka minut. Gdy wróciłam, palec został opatrzony, a ja słaniając się jeszcze na nogach, poszłam do łazienki dopakować kosmetyczkę, po czym mąż zamknął mi walizkę i pojechaliśmy na dworzec. Przez te pół godziny w drodze do miasta ani przez chwilę nie pomyślałam, żeby zrezygnować z wyjazdu.
Jak to -  bilet i miejscówka są, pobyt zarezerwowany, morze czeka, a ja miałabym nie jechać  ??? Przez głupi palec ?  Całą drogę nieźle bolał, a ja pilnowałam, żeby przez plaster nie wypłynęła krew. Osiem godzin w pociągu przeleciało w mgnieniu oka ;)
Na miejscu recepcjonistka w gabinecie zabiegowym natychmiast zajęła się palcem, znalazłam aptekę, gdzie kupiłam opatrunki i plastry.
A potem wreszcie poszłam nad morze, za którym tęskniłam kilka lat.




W sumie pobyt był bardzo udany, oderwałam się totalnie od wszystkiego, wysłuchałam wzruszającego i na doskonałym poziomie koncertu Poznańskiego Chóru Chłopięcego, a mój kręgosłup został porządnie wymasowany.
Tylko nie udało się zapomnieć o kozach. Przypominał mi o nich w każdym momencie mój wyprostowany malowniczo środkowy palec.  Bez żadnych gestów w podtekście, bo pomimo tego było naprawdę fajnie. 

.  

  




środa, 27 kwietnia 2016

Ogród





Wiosna zawsze przynosi nowe wyzwania, więc i ja podjęłam takowe. Zakładam wreszcie prawdziwy, duży ogród. Długo zastanawiałam się gdzie ma powstać. Początkowo myślałam o miejscu, w którym ogród kiedyś był, a teraz rośnie tam trawa. Jednak ten teren docelowo przewidziany jest na rozbudowę koziarni, przebudowę i powiększenie stodoły, a może w przyszłości kurnik. Tak więc nie tam.
Miejsca mamy sporo, ale tak naprawdę część jest zacieniona lub nie nadaje się z różnych względów.
Została właściwie tylko łąka obok nowego domu. Teraz wygląda tak



Przez całą zimę zastanawiałam się od  czego zacząć ?
Pewnie najlepiej byłoby, aby przyjechała firma od urządzania ogrodów, wjechałyby koparki, tudzież inne maszyny, ludzie wsadziliby gotowe, duże drzewa, rozwinęli trawniki i już. Byłoby fajnie - bo szybko i bez wysiłku, pomijając aspekt finansowy oczywiście. No ale cóż, są inne priorytety - na takie fanaberie nie wystarczy...

Jednak też chyba nie o to mi chodzi. Myślę, że lepiej tworzyć ogród powoli, patrzeć jak się rozrasta, zmienia, wymyślać i kombinować, a także oglądać, czytać i czerpać pomysły od doświadczonych ogrodników. Poza tym nie lubię wystrzyżonych, wychuchanych i równiutkich trawników, kątów prostych, szpalerów tuj i w ogóle jak w ogrodzie jest zbyt porządnie. Taki ładniutki ogród nie pasuje ani do mnie ani do miejsca, w którym ma powstać. A że będzie trudniej ? Chyba mam coś w genach, żeby sobie życie "utrudniać", zamiast ułatwiać.

Nie mam jeszcze w głowie pomysłu na cały ogród, pewnie będzie ewoluował w czasie powstawania.
Postanowiłam zacząć od miejsca obok domu, gdzie zrobię warzywnik. I tak sukcesywnie w miarę jak czas, siły i środki pozwolą, będę działać. Jakiś ogólny plan zapewne wkrótce powstanie, ale realizacja potrwa prawdopodobnie kilka lat. 
Na razie przyjechały skrzynie na grządki wzniesione i od tego zacznę.
No to do roboty ;)
  


Kierowników mam trzech
PS.
Zdjęcie pierwsze - z internetu.


sobota, 19 marca 2016

Ostatni kot


Od kilku lat jakoś wcale nie myślałam o kotach. Wszystkie starania skoncentrowały się na kozach i psach. Lub raczej psach i kozach, choć właściwie biorąc pod uwagę czas z nimi spędzony, to kolejność jest nieistotna.
Jednak ostatnio odwiedzając znajome blogi szczególną uwagę zwracam na koty. Dlaczego ? Czyżbym zatęskniła za kocią obecnością w domu ?
W obecnej sytuacji wiem, że kota u mnie nie będzie, czy też raczej nie może być, ale jednak...
Koty towarzyszyły mi niemal przez całe życie. Dzieciństwo spędzone na przedmieściach w domu z dużym ogrodem, pozwalało na trzymanie całej menażerii, mieliśmy nawet kury. Kotów przewinęło się wiele, zawsze był przynajmniej jeden. Niektóre szczególnie zapadły mi w pamięć - np. biała, niebieskooka, niezwykle mądra Kitka - zginęła potracona przez sąsiada na naszej cichej uliczce. Brązowy, pręgowany kocur zwany Grubym,  który przez całe życie cierpiał na jakąś paskudną chorobę skóry, Włóczykij - czarno biały wariat zrzucający mi na głowę książki z półki.
Potem przez wiele lat kota nie miałam, towarzyszyła mi tylko ukochana Hexi, o której piszę tutaj.
Jednak nieraz myślałam o tym, aby usiąść jeszcze kiedyś na fotelu z kotem na kolanach.
To marzenie tak wielokrotnie wypowiadane, spełniło się zupełnie nieoczekiwanie.


Kot był w pakiecie z domem. I od kiedy wiadomo już było, że tam zamieszkam, problem kota a właściwie kotki, spędzał sen z powiek wszystkim zamieszanym w sprawę ludziom. Jak to będzie ???
Od lat kiedy z moją Hexi przyjeżdżałam na weekend, kot czyli Kicia wyprowadzała się w panice na cały mój pobyt. Spała w stodole, przemykała bokiem i w ogóle omijała dom szerokim łukiem. A miała powód. Hexi jako pies rasy gończej wszystkie koty, które znalazły się w zasięgu jej wzroku z zapałem goniła, jak najbardziej zgodnie ze swoim instynktem.
Tak było zawsze i związku z tym nie mogłam mieć i Hexi i kota, zresztą koleje losu też na to nie pozwalały. Pies towarzyszył nam wszędzie, a z kotem już raczej tak się nie da.
Ostatni rok przed przeprowadzką do lasu mieszkałam w starej kamienicy w centrum miasta.
Pewnego wieczora wracałam z psem do domu, a gdy przechodziłyśmy przez podwórko, nagle z jakiegoś krzaka skoczyło na grzbiet Hexi COŚ. Ona zesztywniała, a ja zobaczyłam, że na jej plecach siedzi niezbyt duży szary kot. Miaucząc przeraźliwie wbił pazury w skórę psa, Hexi otrzepała się, kot spadł na ziemię i wcale nie miał zamiaru uciekać. Wręcz przeciwnie - zjeżył się i rzucił na nią z pazurami.
Hexi podkuliła ogon i czym prędzej pobiegła w stronę drzwi, ciągnąc mnie za sobą.
No nie, czegoś takiego nigdy jeszcze nie widziałam - Hexi czmychająca przed kotem.
Od tej pory zawsze przed wyjściem na spacer, Hexi zatrzymywała się w bramie lękliwie rozglądając się, czy gdzieś nie czai się ten koci potwór. A i tak kilka razy jeszcze w ciemnościach bojowa kotka znienacka spadała z jakiejś gałęzi prosto na jej grzbiet, co utrwaliło informację, że takie spotkanie może być bardzo bolesne.
To doświadczenie okazało się kluczowe w sprawie rychłego zamieszkania z kotem. Gdyby tylko jeszcze Kicia zrozumiała, że nie wolno jej uciekać.
Tamtego lata dwa miesiące przed przeprowadzką pewnej soboty siedzieliśmy na werandzie. Nagle pojawiła się Kicia, która nie odnotowawszy mojego z Hexi przyjazdu spokojnie przyszła z jakiejś wędrówki. Ale tym razem gdy zobaczyła psa, nie uciekła jak zwykle w panice, tylko wskoczyła na płot i spoglądała z góry co będzie dalej. Hexi natomiast zamiast jak zwykle rzucić się na nią lub chociaż obszczekać, odwróciła się i odeszła. Wszyscy byli w szoku, Kicia również. Ku naszej radości spełniło się - kot zrozumiał, że nie wolno uciekać a pies, że nie wolno gonić. Zwielokrotnione intensywne myśli zostały odebrane !
I tak od tej pory zaczęło się powolne oswajanie. Po kilku tygodniach Kicia spokojnie spała na fotelu, a Hexi jakby nigdy nic przechodziła obok, zawsze jednak czujnym okiem sprawdzając, czy coś nie spadnie jej nagle na głowę.
Wszyscy byli zadowoleni, a ja nieraz sobie myślę, że ten rok w kamienicy nie poszedł na marne. Chociaż "męczyłam się"  tam na drugim piętrze strasznie, to po latach wiem, że właśnie po to tam mieszkałam. Po to, żeby Hexi przestała gonić koty, a właściwie tego jednego - naszego domowego.

Niemożliwe stało się - Hexi i Kicia razem

Kicia mieszkała w naszym domu grubo ponad dziesięć lat, potem ze mną kolejne siedem. Musiała mieć prawdopodobnie prawie dwadzieścia lat. Prawdopodobnie, ponieważ już jako dorosły kot przeprowadziła się od sąsiadów mieszkających trzy domy dalej, którzy kotów mieli kilkanaście i nie panowali nad ich przyrostem.
Ostatniego roku życia była już dosyć problemowa, choć i tak była w zadziwiającej formie. Jednak co noc budziła mnie miaucząc strasznie, wypuszczałam ją na dwór, a ona po chwili wracała, przedtem "pukając" w okno,  co wyglądało tak, że rzucała się z pazurami na szybę. Nieraz w nerwach huknęłam na nią, niewyspana wiecznie i przez to rozdrażniona. Niezbyt chętnie też trzymałam ją na kolanach, bo kilka razy zwymiotowała na mnie znienacka. Cóż, chore i wiekowe zwierzę to nieraz duży kłopot. Oczywiście kotka była kochana, wygłaskana, a nerwy puszczały mi rzadko.
Odeszła dwa miesiące po mojej ukochanej Hexi - w październiku 2010. I podobnie jak ona - zniknęła w lesie. Na zawsze.
  

Birka lubiła "iskać" Kicię

Birka i Kicia



wtorek, 2 lutego 2016

Roszady czyli nieustanny koziołkowy problem


Od jakiegoś czasu starałam się myśleć wybiórczo. Oczywiście w głowie ciągle gonitwa, ale o tej jednej sprawie cisza. Najtrudniej było w  koziarni. Kiedy doglądałam kóz omijałam go wzrokiem, chociaż jak zawsze domagał się głaskania i  spoglądał ufnie tak jak tylko zwierzęta potrafią.
Nie wiedział, że to właśnie on ma być tym pierwszym.

Pepe

Gdy zostały same - Pepe i mała Pippi, obiecałam, że zostanie z nami do końca swoich dni. Za to jak pilnował swojej chorej matki Puci, za to jak potem gdy już odeszła, zaopiekował się Pippi.
I chociaż nieraz jak to koziołek rozrabia, bodnie znienacka którąś z kóz i w zasadzie jest "bezużyteczny", to tak trudno jest pogodzić się z tym, że jego czas pewnie już niedługo się skończy.

Lato toczyło się swoim torem, a pracy z kozami było dużo więcej niż zwykle - po raz pierwszy mieliśmy tyle mleka. Koźlęta rosły, a ja nieustannie zastanawiałam się co robić.  Wszystkie boksy zajęte. W pierwszym od lewej Pepe. W drugim - Antonia kózka i Maniek wykastrowany koziołek - obydwoje rocznik 2014. Trzeci - Amelka z dwoma koźlętami. Czwarty - Barbie. Z prawej strony  kolejno -  Frida, potem Pipsi z synkiem Iwo, w kolejnym Paula i w ostatnim Pepsi. Obok boksu Pepsi stanowisko do dojenia i dojarka. Z drugiej strony obok boksu Pepe - zlew i sprzęt: - bańki udojowe, miski itp. Nijak nie da się tego przestawić ani zabrać.
Gdy przyszła pora, Iwo przeprowadził się do koziołków, ale zostały koźlęta wrednej Amelki - Cezary i Celinka. Teoretycznie można było zabrać też Cezarego, ale jak - taki trzymiesięczny maluch do trójki kozłów - no przecież nie poradziłby sobie. Póki co zostały z matką w jednym boksie. Byłam pełna obaw jak to będzie. Oczywiście odganiała maluchy od paśnika, więc sianko trzeba było rozkładać też w innych kątach boksu. Ale dawała małym pić, oczywiście wtedy gdy miała na to ochotę. Tak więc siłą rzeczy nie była dojona, ale mleka mieliśmy wystarczająco dużo i bez niej. Za to koźlęta tak długo karmione rosły pięknie. Jednak boks stawał się coraz ciaśniejszy dla całej trójki. Najgorzej miała Celinka - przeganiana przez matkę i rogatego brata.

Celinka i psy

Latem wysprzątaliśmy dokumentnie koziarnię i pod paśnikami zrobiła się wolna przestrzeń. I jedna z kózek dwuletnia, czarnolica Pepsi postanowiła przeprowadzić się do mamy Pauli. Przeczołgiwała się jakoś pod paśnikiem i spała razem z matką. Ostatnio już nawet przestała wchodzić do siebie po zejściu z pastwiska. Boks stał pusty.

Pepsi i Maniek

W końcu przyszedł czas na decyzje. Zima się zbliżała nieubłaganie i kozy coraz rzadziej wychodziły na pastwisko.Celinka nie mogła być zamknięta cały dzień z Amelką.
Ponieważ mój mąż jest "niepiśmienny" siłą rzeczy to ja mam na głowie całą papierologię. I muszę wypełnić zgłoszenie uboju do Państwowej Inspekcji Weterynaryjnej. Pewnej listopadowej niedzieli powiedziałam, że w końcu to napiszę. Reszta beze mnie - tylko proszę o datę, bo muszę wpisać w papierach.
Mężowi, który całe lato powtarzał, że Pepe idzie pierwszy "na kiełbachę" na wieść o tym, że będzie musiał zawieźć głowę i jakiś inne poubojowe części do badania, mina nieco zrzedła.
Zaczęliśmy jeszcze raz rozważać - skoro Pepsi mieszka z Paulą, to przeprowadzimy Celinkę i Cezarego do jej boksu. No to świetnie ! Wieczorem podczas karmienia otworzyłam boks i Celinka z bratem ochoczo rozpoznawali swoje nowe miejsce. Aż tu nagle Pepsi narobiła wrzasku. Nie widziałam co się stało, ale Paula musiała ją zaatakować.  To była chwila, bo zaraz się uspokoiły. Zamknęłam koziarnię - maluchy poszły spać jeszcze do matki i następnego dnia po powrocie z pastwiska miały zamieszkać w nowym boksie. Rano niespodzianka - okazało się, że Pepsi wróciła do siebie. Czy to spięcie czy też widok nowych lokatorów spowodowały powrót ? Od tego czasu już nie przechodziła do Pauli.

Pepsi

I co teraz ? Nie było wyjścia - Celinka zamieszkała na korytarzu, a Cezary został z matką. Do wiosny. Wtedy razem z Pepe i Mańkiem dołączą do koziołków na innej łące. Tam też - mam nadzieję - będzie wreszcie gotowe pomieszczenie dla nich. Zwolni się miejsce dla ewentualnych przyszłych maluchów. A dla Celinki boks powstanie na miejscu gdzie stoi dojarka. Za jakiś czas kozy przecież zasuszą się, będzie więc półroczna przerwa w dojeniu. Nowe stanowisko zrobimy na zewnątrz lub pod wiatą - będzie dużo czasu, aby jakoś to wszystko urządzić. Koziołki - Grachos, Kajtek i Iwo zimę spędzą w starej oborze.

Ale mam dużo miejsca ;)

Tak więc wiosną czeka nas wiele pracy. Wykończenie domu ( tynki zewnętrzne i taras) znowu odsunie się w czasie. Nic to - cieszę się i kamień, a właściwie wielki głaz spadł mi z serca.
Jeszcze nie teraz. Jeszcze mam czas. Wiem, że rozstanie z którymś z koziołków będzie konieczne, ale to będzie kiedyś.



Buszujące w sosnach ( na naszej łące - sosny i tak do wycięcia)





 

środa, 30 grudnia 2015

"...Baśń niczym drzewo..." czyli grudniowa niespodzianka



Ostatnio coraz częściej uciekam myślami od rzeczywistości. Chociaż od lat staram się budować swój świat, to jeszcze nigdy nie był on mi tak potrzebny jak teraz. Nie, nie mam depresji, nie jestem też chora ( mam nadzieję ). Po prostu życie i jego rwący nurt nużą mnie ostatnio tak bardzo, że szukam ucieczki.
Jestem szczęśliwa, że mieszkam w takim miejscu, które umożliwia zapomnienie. Wystarczy wyjść z domu i już jestem otoczona ciszą, lasem, przyrodą. Daleko od hałasu, ludzi, informacji i całego tego bezsensownego zgiełku. Do tego moje kozy - pocieszycielki, zajmowanie się nimi jest ratunkiem i ucieczką przed złowieszczymi informacjami jakich coraz więcej dostarcza nam świat.
Blogosfera również daje wiele nowych możliwości, a przekonałam się o tym za sprawą Olgi Jawor piszącej wraz z Cezarym wspaniałego bloga Pod tym samym niebem. Ola to niezwykle twórcza autorka wierszy, opowiadań i baśni. Jedną z nich postanowiła oddać nam - czytającym - i ogłosiła konkurs na zakończenie, czy też raczej na dokończenie pewnego baśniowego wątku. "Uratuj miasteczko - baśniowe Miasteczko Odnalezionych Myśli czekało na pomoc.  Przeczytałam Olgi zaproszenie do konkursu i zaraz pomyślałam - szkoda, ale nie jest dla mnie - termin do poniedziałku jest w moim przypadku zbyt krótki. W domu nie mam komputera, no i pewnie nie zdążę nic sensownego napisać.
Jednak myśli o tym jak uratować Miasteczko towarzyszyły mi od piątku i nie mogłam się od nich uwolnić.
I tak w czasie sobotnich zajęć zamiast mielić w głowie inne problemy, uciekałam myślami daleko w baśniowe krainy, gdzie wszystko wydaje się możliwe..
Poniedziałek w pracy okazał się dość luźny i po południu stwierdziłam, że może jednak szkoda koziego dziecka, instrumentu i czarnego ptaka, które towarzyszyły mi przez niemal dwa dni. Miałyby przepaść na zawsze ?
Postanowiłam napisać tyle, ile zdążę i wysłałam - surowy, niedokończony tekst. Myślałam, że posłuży on tylko jako ewentualna kanwa lub inspiracja, a Olga wybierze z propozycji jakieś wątki, które ubarwi czy wykorzysta - bo tak wyobrażałam sobie ideę tego konkursu.
A tu niespodzianka - mój pomysł, oraz tekst Basi W. spodobały się na tyle, że Olga opublikowała po poprawkach obydwie propozycje - jako dwie niezależne gałęzie baśniowego drzewa.
Baśń rośnie nadal za sprawą jej niesamowitej autorki Olgi. A ja i Basia W. zostałyśmy uhonorowane dodatkowo w ramach nagrody i zaistniałyśmy jako jedne z postaci.  Gdy o tym myślę, zawsze uśmiecham się i czekam z ciekawością jak potoczą się  losy Andzi P. pisane fantazją i piórem Oli.
I nadal będę się uśmiechać, a wszystkim niespokojnym, poszukującym czy zagniewanym życzę, aby umieli uciekać myślami gdzieś w jakiś inny świat.
Dopóki ten nasz - prawdziwy - nie stanie się spokojniejszy, lepszy i przyjazny.

Wszystkim towarzyszącym "zapiskom spod lasu" drogim Czytelnikom w nadchodzącym Nowym Roku życzę zdrowia, spokoju, spełnienia marzeń i realizacji planów ! Dziękuję za wspólnie spędzony czas oraz miłe komentarze.

 

A teraz ku pamięci - to co napisałam ( poprawione i dokończone tym razem) z dopiskami Olgi ( niebieskim kolorem). Początek jak i ciąg dalszy baśni znaleźć można oczywiście u pomysłodawczyni i autorki Pod tym samym niebem

Wróciła , wróciła - Bartłomiej biegł przez miasteczko głosząc radosną wieść. Mieszkańcy wychylali się z okien, a inni dołączali i biegli dalej razem z drwalem. W końcu zebrała się cała gromada i tak wszyscy dotarli do Gospody Pod Złotym Liściem.
Hanna i Wędrowiec wyjrzeli przestraszeni hałasem.
- Cóż się stało , skąd ta wrzawa ?
- Wróżka Konstancja wróciła. Zaraz tu będzie - krzyczał uradowany tłum mieszkańców.
Wszyscy czekali z niecierpliwością. Co też ma do opowiedzenia, gdzie była, skąd wraca ???
Tyle pytań cisnęło się na usta i wszyscy chcieli zapytać o to samo.
Kiedy wreszcie Wróżka przybyła, wrzawa nagle ucichła, a mieszkańcy przyglądali się tylko wystraszeni jej zmienionym wyglądem. Widać było, że przeszła długą drogę, a i twarz i cała postać skurczyła się jakby i wyblakła.
- Mów, mów wreszcie co się stało, gdzie byłaś, dlaczego zniknęłaś ???
Konstancja usiadła, napiła się wody i wreszcie przemówiła.
- Nie mam dobrych wieści - zaczęła z wysiłkiem.
- Ale zacznę od początku. Pewnego dnia gdy jak zwykle siadłam przy naszej cudownej fontannie, nagle krople wody zaczęły ciemnieć, aż nabrały czarnego koloru. Krople zaczęły układać się w linie, a linie w litery. Gdy ujrzałam słowa zamarłam. Przeczytałam ...
- Co, co przeczytałaś - zakrzyknęli  przerażeni opowieścią Wróżki.
- Powiem wam. Krople ułożyły się w napis:
" Świat już niedługo pogrąży się w mroku. I wy mieszkańcy tego miasteczka razem z nim. Powoli znikać będą wszyscy jeden po drugim. Najpierw odejdą w mrok najsłabsi, potem najmądrzejsi, a na samym końcu najstarsi. Uratować świat może tylko kozie dziecko, które zagra melodię na instrumencie z drzewa wyrosłego na szczycie najwyższej skały za sprawą czarnego ptaka.
Szukajcie ...a i tak nigdy nie znajdziecie..."
I rozległ się złowieszczy chichot, a czarne krople opadły na bruk i zniknęły. Fontanna wyschła.
Wszyscy zgromadzeni znieruchomieli, aż w końcu ktoś zapytał
 - Dlaczego nie powiedziałaś nam o tym wcześniej ?
Wróżka podparła głowę i zapłakała. A potem powiedziała
- Kiedy tylko przeczytałam przepowiednię, natychmiast wyruszyłam w drogę. Wydawało mi się, że gdy przejdę cały świat, zapukam do wszystkich drzwi, to znajdę kozie dziecko,  drzewo i czarnego ptaka.
Ale na nic moja wędrówka. Nie udało się. Małe kózki przecież nie umieją grać. Drzewa nie rosną na wysokiej skale, a czarny ptak ? Nie  wiem jak mógłby sprawić aby tak wysoko rosło drzewo.
W gospodzie zapadła cisza.
W końcu Wędrowiec powiedział
- Przecież musi być jakiś sposób. gdzieś na pewno znajdziemy kozie dziecko, a czarny ptak zaprowadzi nas do drzewa na skale. Musimy uratować nasze miasteczko.
- Ale jak to zrobić ? Czy to w ogóle możliwe ? Kozie dziecko  grające na instrumencie ? Gdzie szukać drzewa na skale ?- jeden przez drugiego wołali zgromadzeni w gospodzie mieszkańcy miasteczka.
- Podzielmy się na grupy, wtedy łatwiej będzie nam szukać i wędrować. Kiedy po określonym czasie zgromadzimy się tutaj, powiemy co znaleźliśmy i o czym usłyszeliśmy. Razem na pewno wymyślimy jakieś rozwiązanie i uratujemy nasze miasteczko.
I tak zrobili.
Kiedy wędrując dzielili się zasłyszanymi opowieściami okazało się, że w grupie poszukującej koziego dziecka jest pewien starzec, który słyszał o samotnej kobiecie mieszkającej daleko w lesie. Wróżka ominęła to miejsce ukryte i niedostępne.
Ruszyli więc na poszukiwania.
I znaleźli - przycupniętą za rozległymi bagnami, schowaną w głębokich śniegach maleńką chatkę, w której mieszkał chłopczyk i koza z koźlęciem. Chłopiec bawił się z koźlęciem a wszyscy ze zdziwieniem ujrzeli, ze pije mleko z koziego wymienia. Ach to jest kozie dziecko !
Wówczas z chatki wyłoniła się matka chłopczyka i opowiedziała im jak to gdy syn był mały zachorowała i nie mogła się ruszać. Ostatkiem sił pokazała dziecku, że może pić razem z koźlątkiem. Potem na długie godziny zaniemogła, a gdy się ocknęła okazało się, że synek jest zdrowy i najedzony. I tak to sama nazywała czasem swego synka " kozim dzieckiem". I dalej pozwalała mu pić z koziego wymienia.
- Ach, więc mamy kozie dziecko  - uradowali się mieszkańcy miasteczka.
Chodźcie z nami - bez was nie uratujemy miasteczka.
I wyruszyli razem w drogę Kobieta, Kozie dziecko , koza, koźlątko i grupa wędrowców.

W tym samym czasie inni zastanawiali się jak znaleźć drzewo a przede wszystkim czarnego ptaka.
Po naradzie postanowili odszukać wszystkie czarne ptaki. Odnaleźli kosa, czarnego dzięcioła, wronę i kawkę, lecz żadne z nich nic nie wiedziało o drzewie rosnącym na niedostępnej skale. 
Tylko najstarszy z gawronów poradził wędrowcom, aby zapytali największego czarnego ptaka - sędziwego kruka. który być może zna odpowiedź.
Udali się więc do kruka i zapytali
- Kruku, najmądrzejszy z ptaków, czy słyszałeś o drzewie rosnącym na wysokiej skale ?
 A kruk zastanowił się, przechylił głowę i zakrakał
-  Gdy byłem jeszcze młody latałem do orzechowego lasu. Jest taki tylko jeden na świecie, hen za wysokimi górami. Tam rosną orzechowe drzewa niezwykłej urody, rodzące ogromne owoce.
Nieraz chciałem przynieść do gniazda te wielkie orzechy, ale niestety były za duże. Tylko raz udało mi się jeden uchwycić w dziób, lecz gdy leciałem nad górami upuściłem go. Być może to z tego orzeszka wyrosło drzewo. Spróbujcie, może uda wam się je odnaleźć.
Uradowani opowieścią mieszkańcy czym prędzej udali się na poszukiwania.
Była to długa i męcząca wędrówka. Kiedy wydawało się, że dalej już nie mogą iść, jeden z młodzieńców zauważył wysoko na stromej skale koronę drzewa. 
- Idź sam - powiedzieli mieszkańcy, my już nie damy rady wspinać się tak wysoko.
Kiedy młodzieniec dotarł pod drzewo ono zdumione jego widokiem zapytało
- Co cię sprowadza na te niedostępne szczyty, żaden śmiałek nigdy tutaj jeszcze nie dotarł.
Młodzieniec opowiedział o Miasteczku, klątwie, o poszukiwaniach i poprosił drzewo o ratunek.
Wzruszony opowieścią sędziwy orzech upuścił jedną ze swych poskręcanych gałęzi, a ona upadając roztrzaskała się na kawałki. Kawałek  drewna wyglądający jak malutka fujarka upadł prosto pod nogi młodzieńca.
- Ach, to musi być ten czarodziejski instrument - wykrzyknął uradowany, chwycił drewienko i najszybciej jak umiał wrócił do grupy wędrowców. 
Rozradowani udali się do Gospody Pod Złotym Liściem, gdzie już czekała reszta mieszkańców.
Wędrowiec czym prędzej wziął dłutko i drżącymi z przejęcia dłońmi wyrzeźbił maleńki instrument. Wszyscy zgromadzeni wstrzymali oddech w napięciu. Syn Kobiety z bagien popatrzył na mieszkańców miasteczka, na swoja przejętą tym wszystkim matkę a wreszcie na kozy, swych zwierzęcych przyjaciół. One spoglądając mu wiernie w oczy zameczały, jak gdyby chciały dodać chłopcu wiary i sił.
Widząc to Kozie dziecko uśmiechnęło się promiennie a potem zagrało najpiękniejszą melodie na zaczarowanej fujarce...
Wtedy powiał tajemniczy, radosny wiatr. Przez otwarte okno gospody wpadły do wewnątrz kolorowe, wesołe liście, zakręciły młynka u powały a potem szeleszcząc niczym klucz wielobarwnych ptaków wyfrunęły na zewnątrz. zdawało się, iż zapraszają wszystkich by pobiegli za nimi. Kto żyw wybiegł więc z gospody.
Wróżka Konstancja uniosła się w powietrze i łopocąc długa spódnicą poleciała na rynek miasteczka. Dotarła tam pierwsza. I płacząc ze wzruszenia ujrzała, że z fontanny znowu tryskają kaskady magicznej wody a w studni perlą się kropelki dobrych życzeń. Wokół fontanny trzymając się za ręce tańczyli zaginieni do niedawna mieszkańcy. A na to wszystko z nieba spływały ogromne gwiazdeczki śniegu.




Nagroda - rarytasy Olgi