czwartek, 30 kwietnia 2015

Znikający las




Moja droga do pracy biegnie przez las. To znaczy zanim dojadę do "normalnej" szosy asfaltowej, przejeżdżam  kilka kilometrów drogami leśnymi.


I coraz częściej obawiam się, że pewnego dnia lasu już nie będzie. Może nie zniknie całkowicie, ale zanim odrośnie miną dziesiątki lat.


"Moje" lasy to park krajobrazowy i znam je od 1988 roku. A od 2003 przejeżdżam nimi niemal codziennie.
Leśni ludzie zawsze jakąś wycinkę prowadzili, potem w pustym miejscu robili nasadzenia i zwykle był w lesie jakiś ruch.


Jednak skala tego co dzieje się teraz,  jest przerażająca. Istna rzeź. Znikają całe połacie, dodatkowo w tych miejscach, w których nie tnie się wszystkiego jak leci, las jest przerzedzany.
Mam kontakt z leśnikami, ale oni nabrali wody w usta. Na każde pytanie mają jedną odpowiedź -  to planowe wycinki. Ten zmasowany atak na lasy trwa od około dwóch lat.



 


Kocham las. I każdego dnia cieszę się z tego, że w nim mieszkam.

 

 Nie było nas - był las. Nie będzie nas - będzie las ???

poniedziałek, 23 marca 2015

Krajobraz czyli jak to z sąsiedztwem bywa



Nadszedł czas na uzupełnienie historii naszego sąsiedztwa z fabryką psów.
I gdy zastanawiam się od czego zacząć opowieść, to chyba należałoby stwierdzić, że najbardziej istotny w niej jest czas. Czas, który wszystko zmienia. To banalne stwierdzenie jakże dobrze oddaje dzisiejszą sytuację i mój do niej stosunek.

Kiedy w poście http://zapiskispodlasu.blogspot.com/2014/02/fabryka-psow-czyli-jak-to-z-sasiedztwem.html  pominęłam ważny aspekt naszego sąsiedztwa, postanowiłam wrócić do niego wtedy, gdy rozpocznie się budowa.
Na mojej niegdyś łące, naprzeciwko starego domu, już za kilka dni wbiją przysłowiową pierwszą łopatę... 
Dzisiaj podchodzę do tego już spokojnie. Ale ten spokój osiągnęłam dopiero niedawno.
Wcześniej miotały mną różne emocje. Przede wszystkim złość na siebie samą, że się zgodziłam lata temu na tę zamianę. Owego czasu - gdy przyjaźniliśmy się dość mocno,  mój mąż i sąsiad wpadli na pomysł zamiany gruntów. Nie wzbudził on początkowo mojego entuzjazmu, ale ponieważ podczas tej zamiany pozbywaliśmy się również innej działki z dużym problemem w postaci sporu o stodołę z pewną nieprzyjazną, bardzo wysoką postawioną i wręcz "trzęsącą" całym województwem osobą, zgodziłam się na nią. Nie chciałabym tutaj wdawać się w szczegóły, bo to bardzo długa i skomplikowana historia z czasów, gdy nikt nie pytał geodety gdzie budować. Ulżyło mi wówczas bardzo, gdy się tej działki podczas wymiany pozbyłam, ponieważ już nie ja byłam stroną w sporze lecz sąsiad, który z różnych powodów lepiej mógł poradzić sobie z VIP-em.
Owszem - przyszła mi wówczas do głowy taka myśl, że może kiedyś będzie chciał sprzedawać swoje pola i tę drugą zamienioną działkę - łąkę, ale w tamtych czasach po pierwsze nie pozbywano się ziemi z powodu małego popytu,  po drugie sąsiad zarzekał się, że nigdy tego nie zrobi. Wobec tego w 2005 roku zamiana została dokonana.  Wydawała się korzystna również dlatego, że bardziej przydatne były nam łąki położone pomiędzy naszymi i zyskaliśmy duży areał w jednym kawałku.
W kolejnych latach stosunki z sąsiadami pogarszały się z powodu fabryki psów - dokładnie tę historię opisałam w/w wpisie. 
A już niebawem - gdzieś tak około 2007 roku okazało się, że sąsiad zaczął wyprzedawać swoją ziemię.
Na początek  sprowadził do przysiółka pewnego fabrykanta z miasta, który wybudował na zakupionym od niego kawałku pola ogromny dom i obok drugi domek dla gości. Szczęśliwie w pewnym oddaleniu.




Kilka lat  nic się nie działo. Mój krajobraz był taki sam. Ale kiedy w 2011 okazało się, że sąsiad wystawił "moją" łąkę na sprzedaż, to nie mogłam się z tym faktem pogodzić. I żeby było jasne, wcale nie chodziło mi o te pieniądze, które zarobi (chociaż pewnie wielu tak pomyśli i  nie uwierzy ).
Zła byłam przede wszystkim na to, że znowu zaburza status quo i spokój, który staram się budować wokół siebie. I że do udręki z ich psami dochodzi jeszcze niepewność co do tego, jacy ludzie zamieszkają naprzeciwko. Oczywiście wiedziałam, że to jego prawo i to już nie moja łąka. Ale strach przed nowym - w postaci nowych sąsiadów długo nie pozwalał mi tego faktu zaakceptować.
Tamtej jesieni 2011 roku przeważnie w niedzielę potencjalni kupcy ganiali po działce hałasując niemiłosiernie, a ja modliłam się, żeby kupili ją jacyś spokojni.


W lutym 2012 działka została sprzedana.
W sierpniu 2014 sąsiad zmarł.
W kwietniu 2015 rozpocznie się budowa.

Jeszcze tylko kilka dni...

Czas zmienia wszystko - mój krajobraz również. Pogodziłam się z tym. 


PS.
Dzisiaj (24.03.) uzupełniłam treść wpisu - w poprzedniej wersji umknęło kilka istotnych faktów. Cóż, lata lecą i zacierają się w pamięci szczegóły...

Epilog
Styczeń 2017 - sąsiedzi przybyli, niesieni falą ogólnonarodowego wyrębu drzew, aby ściąć brzozy.  Budowy nie będzie - plany się zmieniły. Przybili do modrzewia tablicę z ogłoszeniem - sprzedam działkę i pojechali. Aha, możemy zagospodarować brzozy, których nie zabrali, czyli wszystkie oprócz jednej. Jak stwierdził niedoszły sąsiad - przynajmniej będzie z nich pożytek (!) 

czwartek, 5 lutego 2015

Psi los czyli nigdy nie mów nigdy

Zawsze myślałam, że nigdy tego nie zrobię. Nigdy nie napiszę donosu. A jednak postanowiłam to zrobić i zrobiłam.
Ale zacznę od początku.
Zeszłej zimy kiedy kończyło mi się siano dla kóz poprzez ogłoszenie trafiłam do pewnego gospodarstwa.
Siano zostało kupione a przy okazji stwierdziłam, że mieszkająca tam miła staruszka ma dużą ilość kur. Sprawdziłam co jedzą i kupiłam jajka. Smakowały tak jak powinny smakować. Początkowo odbierałam jajka w domu syna owej gospodyni, ale wygodniej mi było przyjeżdżać samej, bez umawiania się.
I tak też zrobiłam.
To było upalne, czerwcowe popołudnie. Na podwórku zobaczyłam dwa uwiązane na ledwie dwumetrowych łańcuchach psy. Ich budy stały na zakurzonym od zaschniętego błota, pozbawionym jakiegokolwiek drzewka placu. Pies z budy bliżej furtki nie miał żadnego skrawka cienia, a jedyną alternatywą ucieczki przed słońcem była malutka, rozgrzana prawie do czerwoności budka. Drugi miał trochę dłuższy łańcuch i  miał to "szczęście", że mógł schować się w cieniu betonowego murka.
Wzięłam jajka, zapłaciłam  i poszłam do samochodu. Ale musiałam przejść obok tych nieszczęsnych psów. No i nie mogłam... zawróciłam.
Ooo coś pani zapomniała ? - zdziwiła się staruszka na mój widok.
Nie - powiedziałam - ale czy mogłaby pani dać tym psom wody - jest taki straszny upał, a jeden przecież nie ma się gdzie schować i widać, że jest mu bardzo gorąco. 
Babulka zakrzątnęła się i wyciągnęła ze stodoły jakiś zardzewiały garnek mówiąc, że przecież one nie chciały pić, jak im przed chwilą dawała. Ale wlała do garnka wodę i postawiła obok budy.
Pojechałam do domu, jednak wcale nie uspokojona. Za jakiś tydzień musiałam kupić jajka. Oczywiście jak przypuszczałam - psy znowu bez wody i te krótkie łańcuchy i żar lejący się z nieba. Tego było za wiele. Przez cały ten czas odkąd zobaczyłam biedne psiaki, zastanawiałam się, co mogę zrobić. Zwrócenie uwagi najwyraźniej nic nie dało.
Cóż  było robić - pozostawało tylko zawiadomienie Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami.
Czyli donos. Nie - nigdy nie napisałam i nie napiszę - tak zawsze myślałam.
A z drugiej strony te psy ! Jak im pomóc ?
No i napisałam - podając nazwisko i numer telefonu. Za jakiś czas pani z TOZ skontaktowała się ze mną i prosiła o bliższe informacje. Potem zdała mi relację z kontroli - nie będę tutaj rozwodzić się nad jej przebiegiem.
Oczywiście cała rodzina łącznie z babulką była wzburzona - no bo jak to, o co chodzi i w ogóle dlaczego !
Najbardziej w tej całej sytuacji dziwi i boli fakt, że przecież ci sami ludzie, którzy skazują na taką poniewierkę swoje własne zwierzęta, równocześnie hołubią inne. Widziałam - synowa owej staruszki ma dwa małe pieski ubrane w kubraczki i trzymane na kolanach.
Jednak ku mojej satysfakcji po kontroli zaszły pewne zmiany. Po pierwsze jeden z psów dostał dużą, prawie luksusową budę - zakupioną na allegro. Drugiemu budę przesunięto w cień. Obydwa dostały dłuższe łańcuchy. Zabłocone podwórko zostało wyłożone betonowymi płytami i psy już nie taplały się w błocie.
No i miski z wodą i jedzeniem  stoją cały czas obok bud.
Babulka sama mi opowiedziała, że mieli kontrolę, bo ktoś na nich "nadał". Rozmawiając z nią stwierdziłam, że przecież to nic takiego, a w efekcie psy mają lepiej. Długo wtedy rozmawiałyśmy, ona opowiedziała mi wszystko ze szczegółami, a ja próbowałam jeszcze coś "łopatologicznie" tłumaczyć - że psom gorąco, że muszą pić, że muszą być spuszczane z łańcuchów itp. itd...
I nie przyznałam się, że to ja. Nie wiem czy się domyśla...  Być może.
Nie mam do siebie pretensji, chociaż nadal myślę, że sposób był naganny. Jednocześnie nie widziałam innego wyjścia. Mogłam jeszcze tylko nie zrobić zupełnie nic. Przyjeżdżać po jajka i udawać, że nie widzę.
Ale tak nie umiem.
Ta historia nauczyła mnie, że nigdy nie powiem już, że czegoś nigdy nie zrobię.
    
PS.
Dla kontrastu - psy szczęśliwe...





  
 

środa, 31 grudnia 2014

2014 żegnaj


To był trudny rok. Niosący nowe wyzwania i wielkie emocje. Smutny i radosny zarazem.
Z początkiem stycznia ruszyły prace wykończeniowe nowego domu. Najbardziej uradowany tym był Tato, chociaż mógł zobaczyć już tylko zdjęcia.
Tato zmarł 30 maja.
A pierwszą naszą nocą " na nowym "  była noc wigilijna. I choć Tato nie doczekał, pewnie spogląda z góry i cieszy się razem ze mną.
Tak więc rok 2014 zapamiętam jako czas przemian. Również moich własnych - bo zmienił mnie bardzo.  

Wszystkim zaglądającym do mnie Gościom życzę, aby nadchodzący 2015 rok był dla Was ważny. Obfity w radosne wydarzenia i godny zapamiętania.


  

wtorek, 7 października 2014

Ola Gjeilo, Ubi Caritas

Wczoraj na próbie przeczytaliśmy ten utwór i odtąd cały czas mam go w głowie. Właśnie tak bywa z każdą piękną muzyką.   



środa, 1 października 2014

Pejzaż



Pejzaż nie zasnuty do końca dymem spalonego dnia jeszcze odsłania kształt drzew i blado-błękit nieba. To dla nas jest ten czas milczący, kiedy czarodziej zmrok obezwładnia ręce i głosy. To dla nas ta chwila, gdy zmierzch bawi się cieniami - popatrz - boi się zbyt szybkich gestów, lubi spokój i nasze oczy. To dla nas ta cisza z zielonym pobrzękiwaniem liści i jasną smugą marzeń. To dla nas ten świat półsenny z zegarem uderzeń naszych serc. Ostrożnie. Każdy krzyk, złe słowo i spojrzenie plamią nasz pejzaż.

czwartek, 4 września 2014

O myszach - znowu i niestety...

Kiedy niedawno opisywałam  niezmordowaną mysz usiłującą wskoczyć na klapę kosza na śmieci napisałam, że mysz i tak nie wejdzie do środka.
Niestety wejdzie - a wiem to od dzisiejszego ranka. A było to tak.
Wczorajszego wieczora Birka długo nie chciała wejść do domu tylko pilnowała czegoś na podwórku.
W końcu zainteresowałam się, wyszłam sprawdzić i usłyszałam jakiś łomot. Dobiegał od strony starej obórki gdzie trzymamy drzewo. Gdy przysłuchałam się dokładniej okazało się, że to odgłosy  chyba z kosza na śmieci. Birka kręciła się tam, a ja nie chciałam przy niej sprawdzać, co jest w środku. Kot, kuna czy jeszcze coś innego. Gdybym otworzyła kosz  i to coś wyskoczyłoby, to Birka mogłaby je zagryźć. A tego chciałam uniknąć. Zawołałam ją do domu z myślą, że pójdę sprawdzić później. Ale też wczoraj doszło nowe zmartwienie. Właśnie odkryłam w naszym nowym domu, do którego będziemy przenosić się lada moment - plamę wody na podłodze. Dach przecieka ! Oczywiście zadzwoniłam do dekarza, ale miał wyłączony telefon. I tak kilka godzin mieliłam ten problem - no jak to - nowy dach i przecieka ??? Na dodatek męża nie ma i nie chciałam go martwić, więc "przeżuwałam" to sama.
Kiedy już położyłam się do łóżka zapomniałam, że miałam iść sprawdzić co siedzi w koszu.
Dzisiaj rano uniosłam klapę i co zobaczyłam ?  Dwie myszy leśne - mniejszą i większą. Niestety  nie żyły.
O jaka jestem głupia - wczoraj nie pomyślałam, że tam może być przecież mało powietrza.
I one biedaczki pewnie udusiły się - przeze mnie. Kosz był pusty, bo wczoraj odbierali śmieci, one jakoś podniosły  klapę, wpadły i nie umiały się wydostać. Dlaczego tam wczoraj nie zajrzałam ???
Całą drogę do pracy przepłakałam, jeszcze teraz łzy mi kapią - jaka jestem jednak czasem bezmyślna.
Przez moje zmartwienia nie żyją niezwyczajne, sprytne myszki, które umiały nawet podnieść  klapę kosza na śmieci.
Wiem -  tyle jest tragedii na świecie, tylu ludzi umiera, a ja tu płaczę po dwóch małych myszach. Ale jednak gdy sobie wyobrażam ich cierpienie i to z mojej winy...  Mogły żyć. Wstyd mi bardzo.

Podobna do tych poległych mysz leśna zwana Magistrem
 mieszkała z nami przez dwie zimy