sobota, 12 października 2013
Magister
Nieraz sobie myślę, że coś ze mną nie tak lub mało we mnie pierwiastka kobiecego, czy też jakkolwiek to nazwać - faktem jest, że nie piszczę i nie uciekam na widok takiego stworzonka.
Jesienią bodajże cztery lata temu - jak to zwykle jesienią bywa - do domu zaczęły ściągać myszy. Nie powiem, że lubię ich zapach i pozostawiane wszędzie kupki. Wobec tego mąż kupił łapki - amerykańskie, których konstrukcja pozwalała w miarę humanitarnie (?) czyli natychmiast uśmiercić mysz.
Kilka myszy szybko poległo, a potem zaczęło dziać się coś dziwnego. Z łapki zaczęła znikać przynęta a klapka, która powinna opaść, dalej pozostawała otwarta.
Trwało to dobrych kilka dni - my zostawialiśmy na łapce kawałki jedzenia, po czym stwierdzaliśmy, że jedzenie zniknęło, a łapka nadal jest otwarta. I wokół nie było żadnych śladów kupek.
Pewnego wieczora stałam w kuchni dumając nad tą łapką, gdy nagle poczułam na sobie czyjeś spojrzenie.
Odwróciłam się powoli i zobaczyłam wychylający się zza zamrażarki mały łepek z dużymi uszami i wielkie, błyszczące oczy wpatrujące się we mnie. Te oczy zdawały się pytać - a dlaczego chcesz mnie zabić???
Popatrzyliśmy dłuższą chwilę na siebie i stworzonko zniknęło za zamrażarką.
Zamknęłam łapkę i schowałam do szuflady. I już więcej nie próbowałam jej nastawiać.
Magister - bo tak nazwaliśmy to stworzenie - zjawiał się punktualnie o siódmej wieczorem, zjadał to, co dla niego zostawialiśmy i znikał. Od czasu do czasu nocą buszował po kuchni i zabierał do swojego mieszkanka gdzieś na strychu zapasy. Jak przenosił orzechy włoskie ? Cóż - to jakaś wybitna leśna mysz ! Potem toczył te orzechy po strychu a my śmialiśmy się, że Magister gra w kręgle. Tak spędziliśmy razem zimę. Wiosną Magister przyprowadził malutkiego potomka, ale po kilku dniach razem wyprowadzili się do lasu.
Kolejnej jesieni Magister nie pojawił się. Zaglądałam za nim, wystawiałam jedzenie ale nic - pomyślałam więc, że pewnie nie przeżył. Swoją drogą - jak długo żyją takie "nadmyszy" ?
Zeszłego roku Magister znowu zawitał u nas. Przetrwaliśmy ostrą i długą zimę, kiedy wiosną nagle w spiżarni za łazienką pojawiło się mnóstwo myszy. Postawiliśmy tam zwykłe łapki i niestety....
Magister zamiast siedzieć na swoim strychu, schodzić do kuchni i zjadać to co mu zostawiałam, zaczął odwiedzać również tamto pomieszczenie.
I stało się - kiedyś nie zdążył ściągnąć jak zazwyczaj przynęty - spadająca łapka coś mu uszkodziła. Znalazłam go w łazience, kiedy wspinał się powoli i z wysiłkiem po rurze na swój strych. Pomogłam mu - podtrzymałam, żeby się nie ześliznął. Na zdjęciu, które mu wtedy zrobiłam, później zobaczyłam na łepku ślady krwi.
I nigdy więcej go już nie widziałam.
Tak oto łakomstwo zgubiło naszą super mądrą mysz leśną zwaną Magistrem.
A w tym roku myszy łapałam pułapką żywołowną i wypuszczałam do lasu.
piątek, 20 września 2013
Nowe i Nowi
Tytułowe Nowe - to zwierzęta w naszym gospodarstwie, a Nowi - ludzie w sąsiedztwie.
Tegoroczne lato uraczyło nas nowościami - a zwierzaki to radosny nabytek.
Najważniejsza "nowa" w naszym gospodarstwie to Senta - posokowiec bawarski.
Mąż oczywiście nie wytrzymał długo i już tydzień po odejściu Kaja zawitała w domu trzymiesięczna suczka przywieziona przez naszego znajomego słowackiego hodowcę.
Pierwsze tygodnie to było szaleństwo - jeszcze nie mieliśmy takiej rozrabiaki.
Do tego nasza stara Birka bardzo źle przyjęła małą, czułam, że będzie z nowym psem problem.
Stres to dla mnie duży - tym bardziej, że w swoim mniemaniu Birka mnie "chroni" więc nie bardzo mogę ją za to karcić.
Czekamy - jakoś muszą się porozumieć tym bardziej, że Senta to mądrala i czasem mam wrażenie, że to ona jak dorośnie będzie rządzić. Na razie doszliśmy do etapu chwilowych rozejmów - zwłaszcza na podwórku, a za chwilę ostrych ścięć - zwykle w kuchni. Mała znalazła sobie kryjówkę pod krzesłem i tam chowa głowę, reszta już się nie mieści - tak szybko rośnie.
Wspominałam już o koziołku, który przyjechał do nas w czerwcu. Kajtek bez przerwy meczał z tęsknoty za swoimi dotychczasowymi towarzyszkami, a uspokajał się tylko wtedy, gdy ktoś przebywał w zasięgu jego wzroku i coś do niego mówił.
Cóż było robić - aby zaradzić tej rozpaczy na gwałt zaczęłam poszukiwania towarzystwa dla niego - musiał to być koziołek koniecznie bez rogów - tak żeby miały równe "szanse".
Udało się i już kilka dni później mąż pojechał pod Rzeszów ( kawał drogi ) po kolejnego "nowego" - Bartka.
Kajtek - jego zawadiackie oko i lok.
Bartek
Kiedy Bartek wieczorem dołączył do Kajtka, ten natychmiast się uspokoił. Cały następny dzień zajęła im walka - tak mocno stukały się tymi bezrogimi głowami, że każdy miał krwawe ślady. Ale już drugiego dnia był spokój. Dogadały się i śpią przytulone do siebie w tymczasowym pomieszczeniu w stodole - oczywiście mój lekko szalony mąż już zaczął budowę kolejnego nowego obiektu - tym razem dla tych dwóch koziołków. Koziołki zostają w naszej hodowli, którą mamy zamiar w przyszłości traktować nie tylko jako miłe spędzanie czasu i przyjemność. Wszystko ku temu zmierza I dlatego u nas wszystko na odwrót - najpierw wybuduje się to co potrzebne (?) kozom, a dopiero potem wykończymy nasz nowy, prawie gotowy dom. Już się z tym pogodziłam. W sumie to przecież mamy gdzie mieszkać - stary dom jeszcze stoi :))) Przeprowadzka do nowego domu spowoduje, że będziemy bliżej sąsiadów. Radość z nieodległych już przenosin mąci niepokój jakie będzie to bliskie sąsiedztwo. Zwłaszcza, że w naszym przysiółku od zeszłego lata nastała względna cisza. W lipcu tamtego roku doprowadzona do ostateczności sąsiadka przeprowadziła ostrą rozmowę z właścicielem fabryki psów i w efekcie od tamtego czasu powrócił spokój - po siedmiu latach wysłuchiwania jazgotu kilkunastu yorków wreszcie znów poczuliśmy, że mieszkamy w środku lasu.
I jak to w życiu bywa stary problem zniknął, a w zamian pojawił się inny.
Nowi - para prawników z miasta kupiła "kolejowy"domek. Od lutego przewijały się różne ekipy remontowe - hałasujące maszyny i pokrzykiwania pracowników umilały nam wiosnę.
Nowi sąsiedzi wraz z trójką dziewczynek przyjechali w ostatni weekend czerwca - i od tego czasu przez całe lato rzadko była chwila spokoju. Myślę jednak, że po pierwszym "zachłyśnięciu" się nowym miejscem, lasem i nowym otoczeniem dzieci pewnie uspokoją się i będzie ciszej...
Jedno jest jednak pewne - już nie będzie tak, jak było. Nasz przysiółek został oszpecony - w środku lasu wyrósł płot - a raczej betonowy mur, którym sąsiedzi mieszkający najbliżej zagrodzili swoją łąkę.
Ten betonowy płot ponoć trochę tłumi hałas i nie wszystko słychać tak wyraźnie. Niestety wygląda wyjątkowo szpetnie.
PS.
Lipiec 2015 - to już trzecie lato z nowymi sąsiadami. Po czasie okazało się, że prawdziwa przyczyna powstania betonowego płotu jest zupełnie inna, a nowi sąsiedzi chociaż hałaśliwi okazali się sympatyczni...
Nie wszystko wygląda tak jak nam się na początku wydaje. Jak zwykle czas zweryfikował i tę sytuację. Ale o tym w jakimś innym poście, który być może powstanie niebawem...
Tegoroczne lato uraczyło nas nowościami - a zwierzaki to radosny nabytek.
Najważniejsza "nowa" w naszym gospodarstwie to Senta - posokowiec bawarski.
Mąż oczywiście nie wytrzymał długo i już tydzień po odejściu Kaja zawitała w domu trzymiesięczna suczka przywieziona przez naszego znajomego słowackiego hodowcę.
Pierwsze tygodnie to było szaleństwo - jeszcze nie mieliśmy takiej rozrabiaki.
Do tego nasza stara Birka bardzo źle przyjęła małą, czułam, że będzie z nowym psem problem.
Stres to dla mnie duży - tym bardziej, że w swoim mniemaniu Birka mnie "chroni" więc nie bardzo mogę ją za to karcić.
Czekamy - jakoś muszą się porozumieć tym bardziej, że Senta to mądrala i czasem mam wrażenie, że to ona jak dorośnie będzie rządzić. Na razie doszliśmy do etapu chwilowych rozejmów - zwłaszcza na podwórku, a za chwilę ostrych ścięć - zwykle w kuchni. Mała znalazła sobie kryjówkę pod krzesłem i tam chowa głowę, reszta już się nie mieści - tak szybko rośnie.
Wspominałam już o koziołku, który przyjechał do nas w czerwcu. Kajtek bez przerwy meczał z tęsknoty za swoimi dotychczasowymi towarzyszkami, a uspokajał się tylko wtedy, gdy ktoś przebywał w zasięgu jego wzroku i coś do niego mówił.
Cóż było robić - aby zaradzić tej rozpaczy na gwałt zaczęłam poszukiwania towarzystwa dla niego - musiał to być koziołek koniecznie bez rogów - tak żeby miały równe "szanse".
Udało się i już kilka dni później mąż pojechał pod Rzeszów ( kawał drogi ) po kolejnego "nowego" - Bartka.
Kajtek - jego zawadiackie oko i lok.
Bartek
Kiedy Bartek wieczorem dołączył do Kajtka, ten natychmiast się uspokoił. Cały następny dzień zajęła im walka - tak mocno stukały się tymi bezrogimi głowami, że każdy miał krwawe ślady. Ale już drugiego dnia był spokój. Dogadały się i śpią przytulone do siebie w tymczasowym pomieszczeniu w stodole - oczywiście mój lekko szalony mąż już zaczął budowę kolejnego nowego obiektu - tym razem dla tych dwóch koziołków. Koziołki zostają w naszej hodowli, którą mamy zamiar w przyszłości traktować nie tylko jako miłe spędzanie czasu i przyjemność. Wszystko ku temu zmierza I dlatego u nas wszystko na odwrót - najpierw wybuduje się to co potrzebne (?) kozom, a dopiero potem wykończymy nasz nowy, prawie gotowy dom. Już się z tym pogodziłam. W sumie to przecież mamy gdzie mieszkać - stary dom jeszcze stoi :))) Przeprowadzka do nowego domu spowoduje, że będziemy bliżej sąsiadów. Radość z nieodległych już przenosin mąci niepokój jakie będzie to bliskie sąsiedztwo. Zwłaszcza, że w naszym przysiółku od zeszłego lata nastała względna cisza. W lipcu tamtego roku doprowadzona do ostateczności sąsiadka przeprowadziła ostrą rozmowę z właścicielem fabryki psów i w efekcie od tamtego czasu powrócił spokój - po siedmiu latach wysłuchiwania jazgotu kilkunastu yorków wreszcie znów poczuliśmy, że mieszkamy w środku lasu.
I jak to w życiu bywa stary problem zniknął, a w zamian pojawił się inny.
Nowi - para prawników z miasta kupiła "kolejowy"domek. Od lutego przewijały się różne ekipy remontowe - hałasujące maszyny i pokrzykiwania pracowników umilały nam wiosnę.
Nowi sąsiedzi wraz z trójką dziewczynek przyjechali w ostatni weekend czerwca - i od tego czasu przez całe lato rzadko była chwila spokoju. Myślę jednak, że po pierwszym "zachłyśnięciu" się nowym miejscem, lasem i nowym otoczeniem dzieci pewnie uspokoją się i będzie ciszej...
Jedno jest jednak pewne - już nie będzie tak, jak było. Nasz przysiółek został oszpecony - w środku lasu wyrósł płot - a raczej betonowy mur, którym sąsiedzi mieszkający najbliżej zagrodzili swoją łąkę.
Ten betonowy płot ponoć trochę tłumi hałas i nie wszystko słychać tak wyraźnie. Niestety wygląda wyjątkowo szpetnie.
PS.
Lipiec 2015 - to już trzecie lato z nowymi sąsiadami. Po czasie okazało się, że prawdziwa przyczyna powstania betonowego płotu jest zupełnie inna, a nowi sąsiedzi chociaż hałaśliwi okazali się sympatyczni...
Nie wszystko wygląda tak jak nam się na początku wydaje. Jak zwykle czas zweryfikował i tę sytuację. Ale o tym w jakimś innym poście, który być może powstanie niebawem...
poniedziałek, 2 września 2013
Pożegnanie lata
Już od kilku dni jaskółki zbierały się na drutach i wczoraj stało się - odleciały. Niechybny to znak rozpoczynającej się jesieni. Pewnie przyjdą jeszcze ciepłe dni, ale powietrze już ma inny kolor i zapach, a snujące się nad łąkami mgły wieczorne i poranne, potwierdzają nadejście jesiennego czasu.
Pracowite jaskółki w tym roku wyprowadziły dwa razy potomstwo - najpierw pięć a później cztery jaskółeczki. I znowu postawiły na swoim w kwestii wyboru miejsca na gniazdo - koziarnia najwyraźniej im się spodobała. Na nic zdało się przeganianie i zamykanie drzwi - znalazły wejście przez uchylne okno otwierane na noc. Pewnego ranka zastaliśmy ulepione już do połowy gniazdko i nie było wyjścia - przecież nie popsujemy tej pięknej i misternej roboty !
Tak więc przez całe lato jaskółki fruwały nad nami - czasem można było nawet wystraszyć się, gdy lecąc pikowały i celując prosto w głowę skręcały dopiero w ostatniej chwili . A jak krzyczały po swojemu, żeby im nie przeszkadzać w karmieniu młodych !
Rano pięć jaskółek opuściło gniazdko. Potem spały gdzieś na okolicznych drzewach, a rankiem wylatywały na ćwiczenia w lataniu. Karmienie odbywało się już poza gniazdem.
Któregoś lata udało mi się zrobić zdjęcia śpiącym jaskółeczkom. Grzały się pewnie nawzajem wspominając czasy, gdy siedziały razem w gnieździe. Później widziałam, że już spały każda osobno, na różnych gałęziach orzecha.
Cztery małe jaskółki z tegorocznego drugiego lęgu na noc wracały do gniazda. Wieczorem dokładnie o ósmej godzinie wlatywały przez okno i układały się śmiesznie ogonkami na zewnątrz. Stare jaskółki przysiadały na uchylonym oknie i tak razem spędziły kilka nocy. Coś takiego widziałam po raz pierwszy - zazwyczaj, po wylocie z gniazda, nigdy już do niego nie wracały !
A więc żegnaj lato - witaj jesieni !
Dołączam adekwatny do dzisiejszego tekstu jeden z dawno napisanych wierszy.
wielkimi krokami
zbliżał się
wiatr
z gromadką rozbawionych liści
groźnie marszcząc brwi
krzyknął
ku niesfornym olchom
przemknął
obok biało rozgadanych brzóz
opowiedział
zielony żart świerkom
i pobiegł
z jesienną nowiną przez łąki
las śmiał się jeszcze...
tylko klon
zarumienił się
i szepnął
...jesień to poważna sprawa
poniedziałek, 12 sierpnia 2013
Hexi - ku pamięci
11 sierpnia 2010 roku około drugiej nad ranem widziałam moją Hexi ostatni raz - miała wtedy ponad 17 lat.
Wczoraj minęły trzy lata od tej nocy kiedy poszła do lasu umrzeć. Nie mogę patrzeć na jej zdjęcie i piszę przez łzy mimo, że minęło już tyle czasu.
To był niesamowity pies. Wiem - to banalne stwierdzenie, przecież wszyscy kochają swoje zwierzęta i każde jest wyjątkowe.
Kiedy sięgnę pamięcią do czasu gdy do nas przyjechała z Austrii - bo to gończy tyrolski- zupełnie nie pamiętam, żeby jako szczeniak zrobiła nam jakieś szkody. Raz tylko poszarpała moją jedwabną spódnicę - od początku cały czas przebywała z nami - a wtedy siedziała pod moim biurkiem. Zawstydziła się tym bardzo i już niczego nigdy nie pogryzła. Nie rozstawaliśmy się z Hexi nigdy - była albo ze mną w firmie albo z mężem - gdy wyjeżdżał lub jechaliśmy wszyscy razem. Jedyny wyjątek to nasze podróże do Szwecji, musieliśmy zostawiać ją u rodziców, ponieważ wjazd psów był możliwy tylko po dwutygodniowej kwarantannie - tak było jeszcze przed wejściem do Unii. Dopiero gdy dziesięć lat temu przeprowadziliśmy się do lasu, Hexi sama zadecydowała, że nie będzie już ze mną w pracy i dzień spędzała latem na podwórku a zimą w domu.
Żeby o niej opowiedzieć musiałabym opowiedzieć siedemnaście lat życia a to przecież niemożliwe. Więc gdybym miała określić ją jednym słowem - to była "dama". Zachowam w sercu wszystkie chwile i mimo tego, że mam inne psy i inne zwierzęta, Hexi na zawsze pozostanie tym najukochańszym i niezastąpionym.
I tak jak była damą przez całe życie, tak też elegancko i z wyczuciem odeszła.
Przez ostatnie dwa miesiące życia męczyły ją ataki padaczki - poza tym jak na siedemnastolatkę była w zadziwiającej kondycji - biegała, skakała i przewodziła stadu naszych psów. Pod koniec lipca ataki były już bardzo częste i silne, żadne lekarstwa nie pomagały.
10 sierpnia wróciłam wieczorem do domu, martwiąc się, że zaczynają się późne powroty - zaczął się sezon prób w filharmonii, a Hexi choruje i właściwie cały czas powinna być pod opieką. Co robić i jak to zorganizować?
Wszystkie psy łącznie z Hexi w podskokach przywitały się ze mną, a ja martwiłam się dalej. Oglądałam coś w telewizji gdy Hexi podeszła do mnie i patrząc mi w oczy wesołym wzrokiem, delikatnie - jak to ona - chwytała zębami pilota, którego trzymałam w ręce - tak jakby chciała się bawić. Nigdy wcześniej tak nie robiła, zdziwiłam się - lecz zmęczenie i zmartwienie wzięło górę. Powiedziałam tylko coś do niej, chyba tylko pogłaskałam i nic więcej...A mogłam przecież pobawić się chwilę lub przytulić.
Bo wtedy nie wiedziałam, że to było pożegnanie.
Zwykle po każdym ataku chodziła jak pijana po domu, dlatego starałam się po wszystkim wyprowadzić ją na ogród - tam jest więcej przestrzeni i przede wszystkim tam nie obijała się o meble.
Tej nocy obudził mnie jej kolejny atak, tym razem wyjątkowo długi. Po nim jak zwykle wyprowadziłam Hexi na ogród i półprzytomna położyłam się na chwilę. Za jakieś 10 minut wyszłam sprawdzić co się z nią dzieje. A Hexi zniknęła.
Do rana szukałam jej w każdym zakamarku na ogrodzie i podwórku - nie było jej. Nie wiem jakim sposobem i którędy wyszła - psi instynkt kazał jej uciec do lasu. Nigdy więcej jej nie zobaczyłam...
Chociaż to irracjonalne to przez kolejne kilka dni przeszukiwałam las, żeby ją chociaż pochować... i nie znalazłam.
I nie mogę pozbyć się myśli, że sama wybrała ten właśnie moment, tak aby nie sprawiać swoją chorobą więcej kłopotu...
Nie mogę już dłużej pisać bo płaczę... więc ku pamięci umieszczę tylko kilka zdjęć, na których Hexi jest już wiekowa - 15 lat i więcej...Za jej młodości nie było aparatów cyfrowych, ale mam na pamiątkę jej całego długiego życia z nami wiele zdjęć.
![]() |
| Hexi uwielbiała pływać |
![]() |
| Szczęśliwe dni : Kaj, Hexi i Birka |
piątek, 5 lipca 2013
Ktoś odszedł - ktoś przybył - opowieść o Kaju
W niedzielne popołudnie po przejściu burzy powietrze znowu nadawało się do oddychania. Psy chodziły za mną już od soboty oczywiście w sprawie spaceru, więc gdy tylko brzęknęły klucze i wyciągnęłam swoje spacerowo- rowerowe buty, rzuciły się radośnie w kierunku furtki.
Kaj - ten mały czarny kundelek już z tej wyprawy nie wrócił.
A jego historia zaczęła się 14 lat temu, kiedy to jako szczeniak trafił do pewnej rodziny, która miała go kilka miesięcy i oddała do schroniska podobno z powodu urodzenia się dziecka.
Potem zabrano go do kolejnego domu i znowu wylądował w schronisku , właściwie nie wiem ile razy tak wędrował, ponieważ przejęliśmy Kaja razem z domem i nie był zupełnie nasz.
Kiedy zamieszkaliśmy razem musiał podporządkować się naszej Hexi, ale z tym nie było problemu ponieważ dobrze się znali. Gdy do ferajny dołączyła Birka, walka o władzę rozgrywała się pomiędzy sukami, a Kaj był szczęśliwy, że ma towarzystwo.
Dziwny był i jak zwykle to bywa to ludzie " zgotowali" mu tę dziwność. Przejawiała się między innymi upodobaniem do wychodzenia uparcie szukanymi dziurami w siatce i włóczeniem się po okolicy. Chodził po śmietnikach, odwiedzał "fabrykę psów" sąsiadów, ale zawsze był w zasięgu domów- do lasu nigdy nie uciekał. Był w komitywie ze wszystkimi mieszkańcami, bo też był przyjaznym pieskiem. Ale - co mnie najbardziej irytowało - nie reagował na wołanie, wtedy zwykle odwracał się i z szaleństwem w oczach biegł w przeciwnym kierunku. Wszelkie próby uniemożliwienia mu ucieczek nie udawały się - ciągle wynajdywał nowe dziury i sam je robił - mamy do ogrodzenia niezwykle rozległy teren - a on przeciskał się pomiędzy drutami w siatce leśnej.
Ta mania stała się dla Kaja przyczyną kolejnego dramatycznego przeżycia, a dla mnie przykładem ludzkiej podłości.
Pewnego zimnego piątkowego wieczora w styczniu 2011 wróciłam do domu i na podwórku była tylko Birka. Było już ciemno i trochę się zaniepokoiłam gdzie jest Kaj, zwykle o tej porze nie włóczył się już nigdzie. Za jakąś godzinę zaczęłam go szukać. Zaglądałam w rowy wzdłuż drogi - bo może potrącił go samochód, obeszłam też okoliczne zabudowania. Nazajutrz - dalsze poszukiwania, w przyległych do naszego lasu wioskach, na poboczach, przy leśnych drogach - i nic -przepadł bez śladu. Przyszło mi na myśl, że może go ktoś zabrał do samochodu - ale z drugiej strony wiedziałam, że on do obcych ludzi nawet by nie podszedł, a co dopiero, żeby dał się złapać? Niemożliwe. Inna sprawa - znajomi - wtedy nawet chętnie wskakiwał do samochodu.
Minął dokładnie miesiąc. Nasza Birka została sama i żal było na nią patrzeć - wychowała się w gromadzie, pół roku wcześniej odeszła Hexi, a teraz zabrakło Kaja.
Już jakiś czas szukaliśmy nowego pieska, ale pechowo nikt nie miał szczeniaków - chcieliśmy posokowca lub jakąś inną myśliwską rasę.
Gdy wracał temat psa znajomi mówili - idź do schroniska. Jakoś miałam opory żeby tam pójść, nie dlatego, że nie chciałam psa ze schroniska, ale dlatego, że samo pójście tam i oglądanie psiego nieszczęścia w takiej ilości, było ponad moje siły.
Ale pewnego piątku uległam - zebrałam się i pojechałam.
Pracownica zaczęła mnie oprowadzać - weszłyśmy w pierwszą alejkę - idę, zaglądam do klatek, przeszłam koło kilku i nagle widzę - w jednej siedzi nasz Kaj!!!!! Jak go zobaczyłam wpadłam w histerię - co mi się nigdy jeszcze nie zdarzyło - zaczęłam płakać i szlochając wykrzykiwałam, że to mój pies i myślałam, że nie żyje, no nie umiałam się uspokoić! I że muszę go natychmiast stąd zabrać!
Ale to niemożliwe - na to pani ze schroniska - najpierw trzeba przejść procedurę adopcyjną - czyli odwiedziny pracownika sprawdzającego warunki i to potrwa kilka dni.
A ja - że to przecież mój pies i nie będzie tutaj ani chwili dłużej !!! Widząc mnie taką histeryczną pani stwierdziła, że jak udowodnię, że to mój pies - czyli pokażę jego książeczkę zdrowia oraz zapłacę za jego pobyt, to mogą go w drodze wyjątku wydać dzisiaj.
Popędziłam więc szybko do domu po dokumenty (30 km) i z powrotem, tak żeby zdążyć do 15, bo potem zamykają biuro ! Udało się - zdążyłam, zapłaciłam i zabrałam Kaja.
Był zupełnie oszołomiony. Gdy przyjechałam do domu okazało się, że w nerwach moje klucze zatrzasnęłam wewnątrz, wtedy gdy przyjechałam po dokumenty.
No i staliśmy pod domem czekając na męża. Luty - zimno, więc poszłam z Kajem do sąsiadki. A on w kolejnym innym miejscu dopiero zaczął dziwnie się zachowywać, więc by nie robić sensacji wróciłam na swoje podwórko. Kaj stał jak ogłuszony pod drzewem i nie reagował na nic, nawet chyba nie czuł, jak bardzo jest zimno. Dopiero jak wrócił mąż i z domu wybiegła Birka, trochę pomachał ogonkiem. Ale zaraz wpadł znowu w jakieś dziwne odrętwienie i całą noc przeleżał w jednym miejscu na chodniku - nawet nie wskoczył na swój fotel.
Kaj w dniu powrotu do domu
Dochodził do siebie kilka dni, a ja cały czas zastanawiałam się skąd wziął się w mieście ?
Zaginął w piątek, a w niedzielę z jednej z ulic zgarnęła go straż miejska.Wobec tego nie było żadnej możliwości, aby przeszedł w jeden dzień 30 km i sam doszedł do miasta! Pozostał tylko samochód, do którego musiał wskoczyć dobrowolnie.
Istniała tylko jedna możliwość - sąsiad z "fabryki psów". A ponieważ zanim zaczęły się niesnaski związane z permanentnym ujadaniem dwudziestu kilku yorków i brakiem reakcji na nasze delikatne prośby i aluzje na ten temat, to odwiedzaliśmy się nawzajem. Kaj dobrze ich znał i zaproszony do samochodu bez problemu by wskoczył.
Nasze przypuszczenia potwierdzili inni sąsiedzi - nieraz widzieli jak tamci odganiali Kaja, który siedział pod ich płotem, a siedział, ponieważ tam ciągle któraś z dwudziestu suk miała cieczkę!
Oczywiście rozumiem, że mogło to być denerwujące, ale żeby wywozić psa i wyrzucić go gdzieś w mieście !!! Trzeba nie mieć sumienia i serca. Do głowy mi nie przyszło, żeby szukać go w schronisku - bo niby skąd by miał się tam wziąć??? Ale gdybym podejrzewała taką możliwość, to nie siedziałby tam cały miesiąc.
Każdy sądzi według siebie i taka podłość nie mieści mi się w głowie.
Od powrotu ze schroniska Kaj zdziwaczał jeszcze bardziej - doszła mania jedzenia jakby na zapas, chodził po domu i węszył bez przerwy szukając jedzenia.
Utuczył się przez to bardzo, lecz kilka tygodni temu schudł nagle, zaczął coraz wolniej chodzić, kaszleć i wyglądało to na problemy sercowe. Można było spodziewać się, że nie pożyje już zbyt długo.
Tak więc z tego niedzielnego popołudnia 23 czerwca zachowam w pamięci ostatni obraz Kaja, jak skacze przez kałuże i biegnie obok mojego roweru.
Później został jak zwykle z tyłu i nie wiem, w którym momencie zboczył do lasu, aby tam pod jakimś drzewem dokonać żywota.
Szukałam go wieczorem i nazajutrz, ale nic z tego - psi instynkt kazał mu schować się w jakąś dziurę i skonać.
A w poniedziałek dołączył do nas bezrogi biały koziołek, którego nazwałam na pamiątkę trochę podobnie - Kajtek.
Cóż, życie toczy się dalej....
Kaj - ten mały czarny kundelek już z tej wyprawy nie wrócił.
A jego historia zaczęła się 14 lat temu, kiedy to jako szczeniak trafił do pewnej rodziny, która miała go kilka miesięcy i oddała do schroniska podobno z powodu urodzenia się dziecka.
Potem zabrano go do kolejnego domu i znowu wylądował w schronisku , właściwie nie wiem ile razy tak wędrował, ponieważ przejęliśmy Kaja razem z domem i nie był zupełnie nasz.
Kiedy zamieszkaliśmy razem musiał podporządkować się naszej Hexi, ale z tym nie było problemu ponieważ dobrze się znali. Gdy do ferajny dołączyła Birka, walka o władzę rozgrywała się pomiędzy sukami, a Kaj był szczęśliwy, że ma towarzystwo.
Dziwny był i jak zwykle to bywa to ludzie " zgotowali" mu tę dziwność. Przejawiała się między innymi upodobaniem do wychodzenia uparcie szukanymi dziurami w siatce i włóczeniem się po okolicy. Chodził po śmietnikach, odwiedzał "fabrykę psów" sąsiadów, ale zawsze był w zasięgu domów- do lasu nigdy nie uciekał. Był w komitywie ze wszystkimi mieszkańcami, bo też był przyjaznym pieskiem. Ale - co mnie najbardziej irytowało - nie reagował na wołanie, wtedy zwykle odwracał się i z szaleństwem w oczach biegł w przeciwnym kierunku. Wszelkie próby uniemożliwienia mu ucieczek nie udawały się - ciągle wynajdywał nowe dziury i sam je robił - mamy do ogrodzenia niezwykle rozległy teren - a on przeciskał się pomiędzy drutami w siatce leśnej.
Ta mania stała się dla Kaja przyczyną kolejnego dramatycznego przeżycia, a dla mnie przykładem ludzkiej podłości.
Pewnego zimnego piątkowego wieczora w styczniu 2011 wróciłam do domu i na podwórku była tylko Birka. Było już ciemno i trochę się zaniepokoiłam gdzie jest Kaj, zwykle o tej porze nie włóczył się już nigdzie. Za jakąś godzinę zaczęłam go szukać. Zaglądałam w rowy wzdłuż drogi - bo może potrącił go samochód, obeszłam też okoliczne zabudowania. Nazajutrz - dalsze poszukiwania, w przyległych do naszego lasu wioskach, na poboczach, przy leśnych drogach - i nic -przepadł bez śladu. Przyszło mi na myśl, że może go ktoś zabrał do samochodu - ale z drugiej strony wiedziałam, że on do obcych ludzi nawet by nie podszedł, a co dopiero, żeby dał się złapać? Niemożliwe. Inna sprawa - znajomi - wtedy nawet chętnie wskakiwał do samochodu.
Minął dokładnie miesiąc. Nasza Birka została sama i żal było na nią patrzeć - wychowała się w gromadzie, pół roku wcześniej odeszła Hexi, a teraz zabrakło Kaja.
Już jakiś czas szukaliśmy nowego pieska, ale pechowo nikt nie miał szczeniaków - chcieliśmy posokowca lub jakąś inną myśliwską rasę.
Gdy wracał temat psa znajomi mówili - idź do schroniska. Jakoś miałam opory żeby tam pójść, nie dlatego, że nie chciałam psa ze schroniska, ale dlatego, że samo pójście tam i oglądanie psiego nieszczęścia w takiej ilości, było ponad moje siły.
Ale pewnego piątku uległam - zebrałam się i pojechałam.
Pracownica zaczęła mnie oprowadzać - weszłyśmy w pierwszą alejkę - idę, zaglądam do klatek, przeszłam koło kilku i nagle widzę - w jednej siedzi nasz Kaj!!!!! Jak go zobaczyłam wpadłam w histerię - co mi się nigdy jeszcze nie zdarzyło - zaczęłam płakać i szlochając wykrzykiwałam, że to mój pies i myślałam, że nie żyje, no nie umiałam się uspokoić! I że muszę go natychmiast stąd zabrać!
Ale to niemożliwe - na to pani ze schroniska - najpierw trzeba przejść procedurę adopcyjną - czyli odwiedziny pracownika sprawdzającego warunki i to potrwa kilka dni.
A ja - że to przecież mój pies i nie będzie tutaj ani chwili dłużej !!! Widząc mnie taką histeryczną pani stwierdziła, że jak udowodnię, że to mój pies - czyli pokażę jego książeczkę zdrowia oraz zapłacę za jego pobyt, to mogą go w drodze wyjątku wydać dzisiaj.
Popędziłam więc szybko do domu po dokumenty (30 km) i z powrotem, tak żeby zdążyć do 15, bo potem zamykają biuro ! Udało się - zdążyłam, zapłaciłam i zabrałam Kaja.
Był zupełnie oszołomiony. Gdy przyjechałam do domu okazało się, że w nerwach moje klucze zatrzasnęłam wewnątrz, wtedy gdy przyjechałam po dokumenty.
No i staliśmy pod domem czekając na męża. Luty - zimno, więc poszłam z Kajem do sąsiadki. A on w kolejnym innym miejscu dopiero zaczął dziwnie się zachowywać, więc by nie robić sensacji wróciłam na swoje podwórko. Kaj stał jak ogłuszony pod drzewem i nie reagował na nic, nawet chyba nie czuł, jak bardzo jest zimno. Dopiero jak wrócił mąż i z domu wybiegła Birka, trochę pomachał ogonkiem. Ale zaraz wpadł znowu w jakieś dziwne odrętwienie i całą noc przeleżał w jednym miejscu na chodniku - nawet nie wskoczył na swój fotel.
Dochodził do siebie kilka dni, a ja cały czas zastanawiałam się skąd wziął się w mieście ?
Zaginął w piątek, a w niedzielę z jednej z ulic zgarnęła go straż miejska.Wobec tego nie było żadnej możliwości, aby przeszedł w jeden dzień 30 km i sam doszedł do miasta! Pozostał tylko samochód, do którego musiał wskoczyć dobrowolnie.
Istniała tylko jedna możliwość - sąsiad z "fabryki psów". A ponieważ zanim zaczęły się niesnaski związane z permanentnym ujadaniem dwudziestu kilku yorków i brakiem reakcji na nasze delikatne prośby i aluzje na ten temat, to odwiedzaliśmy się nawzajem. Kaj dobrze ich znał i zaproszony do samochodu bez problemu by wskoczył.
Nasze przypuszczenia potwierdzili inni sąsiedzi - nieraz widzieli jak tamci odganiali Kaja, który siedział pod ich płotem, a siedział, ponieważ tam ciągle któraś z dwudziestu suk miała cieczkę!
Oczywiście rozumiem, że mogło to być denerwujące, ale żeby wywozić psa i wyrzucić go gdzieś w mieście !!! Trzeba nie mieć sumienia i serca. Do głowy mi nie przyszło, żeby szukać go w schronisku - bo niby skąd by miał się tam wziąć??? Ale gdybym podejrzewała taką możliwość, to nie siedziałby tam cały miesiąc.
Każdy sądzi według siebie i taka podłość nie mieści mi się w głowie.
Od powrotu ze schroniska Kaj zdziwaczał jeszcze bardziej - doszła mania jedzenia jakby na zapas, chodził po domu i węszył bez przerwy szukając jedzenia.
Utuczył się przez to bardzo, lecz kilka tygodni temu schudł nagle, zaczął coraz wolniej chodzić, kaszleć i wyglądało to na problemy sercowe. Można było spodziewać się, że nie pożyje już zbyt długo.
Tak więc z tego niedzielnego popołudnia 23 czerwca zachowam w pamięci ostatni obraz Kaja, jak skacze przez kałuże i biegnie obok mojego roweru.
Później został jak zwykle z tyłu i nie wiem, w którym momencie zboczył do lasu, aby tam pod jakimś drzewem dokonać żywota.
Szukałam go wieczorem i nazajutrz, ale nic z tego - psi instynkt kazał mu schować się w jakąś dziurę i skonać.
A w poniedziałek dołączył do nas bezrogi biały koziołek, którego nazwałam na pamiątkę trochę podobnie - Kajtek.
Cóż, życie toczy się dalej....
wtorek, 11 czerwca 2013
Głupich nie sieją czyli historia Amelki
15 sierpnia 2008 roku serdeczny kolega obchodził hucznie swoje okrągłe urodziny. Na południowym zachodzie kraju dzień wcześniej szalały trąby powietrzne, a ulewny deszcz i silny wiatr wszystkim dał się we znaki. Ale dlaczego tak dokładnie to pamiętam ? Otóż ta pogoda, trąby powietrzne i ich skutki związane są z kozą Amelką i jej przybyciem do naszego stada.
Urodzinowi goście schodzili się tłumnie, didżej puszczał swoje kawałki a ludzi na sali było już około setki, gdy w ten straszny zgiełk wkroczył niesamowicie zadowolony z siebie osobnik ciągnący na sznurku malutką kózkę. Oczywiście przyozdobioną na okoliczność w jakieś wstążki i z kartonem na szyi, na którym "genialny" pomysłodawca wypisał życzenia. Ludzie zawyli z uciechy, a mi zrobiło się słabo jak zobaczyłam to przerażone zwierzę. Do dzisiaj nie mogę pojąć, dlaczego wszyscy śmiali się i klaskali. Obdarowany kolega przyjął prezent i zaraz przytomnie wyprowadził kózkę z tego hałasu. Kiedy tylko nadarzyła się sposobność, wzięliśmy solenizanta na spytki. Gdzie jest koza i najważniejsze - co dalej ma zamiar z nią zrobić?
Oczywiście kolega stwierdził, że nie ma warunków, żeby zatrzymać kózkę, a na razie zaprowadził ją pod dom i przywiązał do słupka. Ciemna noc, pada ulewny deszcz, wyobraźnia -niestety- działa - więc poprosiliśmy kolegę, żeby jak najszybciej rozwiązał sprawę idiotycznego prezentu i jeżeli chce, to możemy zabrać kozę do siebie. Razem więc wymyśliliśmy, że odbędzie się licytacja kozy z przeznaczeniem pieniędzy dla poszkodowanych przez trąbę powietrzną - ale oczywiście umówiliśmy się, że to my mieliśmy tę licytację wygrać. Jak uzgodniliśmy - tak zrobiliśmy i już za chwilę jechaliśmy do domu kolegi, żeby zabrać kózkę do nas. Jeszcze dzisiaj mam przed oczami obraz malutkiej Amelki przywiązanej do słupka pod wiatą, skulonej ze strachu, a wokół tylko wiatr, deszcz i ciemność. Szybko zapakowaliśmy ją do samochodu i po 10 minutach byliśmy w domu - impreza dopiero się rozkręcała, ale jakoś nie mieliśmy ochoty tam wracać.
Gdy wprowadziliśmy ją do obórki, w której zobaczyła inne kozy - to niewiarygodne, ale widać było jak odetchnęła z ulgą. Dziwię się, że w ogóle przeżyła - to bardzo wrażliwe zwierzęta i zbyt mocny stres może je zabić. Trauma pokutuje w niej do dzisiaj - kiedy tylko ktoś obcy wejdzie do koziarni, Amelka chowa się w kącie i trzęsie jak osika. Tak jakby chciała zniknąć - żeby nikt jej już nie zabrał.
Długi czas w ogóle nie chciała podejść do nas, nie można jej było pogłaskać, czy też dotknąć w żaden sposób. Istniały tylko kozy, a ludzi omijała szerokim łukiem. Dopiero gdzieś po półtora roku sama podeszła do ręki. I od tej pory jest łasa na pieszczoty, ale z kolei ostra dla innych kóz. To Amelka teraz ustawia wszystkie i wywija rogami.
Latem 2011 roku Amelka urodziła nam parkę. Adi - koziołek i kózka Ada ( teraz przemianowana na Adelkę - Ada to imię o złej aurze i niepotrzebnie tak ją nazwaliśmy). Nie wiadomo z jakiego powodu Adi w wieku 8 miesięcy padł nagle - a wyrastał na pięknego kozła. Zrobiliśmy nawet sekcję, która również nic nie wykazała. Adelka w wieku 6 miesięcy też zachorowała i z dobrze zapowiadającej się kózki zrobiła się schorowana koza- po wielu konsultacjach, leczeniu itp. weterynarz stwierdził wadę rozwojową - coś w rodzaju dysplazji bioder.
Amelka, Adi ( biały ) i Adelka
Dzieci Amelki miały w sobie chyba to nieszczęście, które przeżyła - może to głupie, ale takie mam wrażenie. Adi i Adelka mają kilka ładnych zdjęć i opiszę je osobno.
Mała Amelka
Kozy leśne- Amelka i Baśka
Czasem śmiejemy się, że Amelka to nasza najdroższa koza - pieniądze daliśmy koledze, który rzeczywiście zawiózł je potem (łącznie ze zrzutką pozostałych urodzinowych gości -wyszła całkiem ładna kwota) do jednej z dotkniętych przez trąbę wsi i przekazał ok 2000 zł pewnej poszkodowanej kobiecie.
Jak by tego było mało to jeszcze podczas kontroli stada przez Inspekcję Weterynaryjną, dostaliśmy za nią mandat - koza niewiadomego pochodzenia !!!!!
A takich nie wolno mieć !!! Z pewnymi perturbacjami Amelka jednak została zalegalizowana - ech, co to za czasy, że już nawet kozy podlegają totalnej urzędniczej kontroli.
środa, 29 maja 2013
Baśka
Baśka to pierwsza koza taka całkiem nasza. Urodziła się 31 stycznia 2007 roku - jej mama Klara to jeden z maluchów uratowanych przed rzezią pijanego poprzedniego właściciela. Teraz jest najstarsza w naszym stadzie. Pamiętam, jak była malutka to wskakiwała mi na ręce - najpierw na klocek słomy potem - hop i już była u mnie.
Teraz to stateczna koza, ale niestety niepełnosprawna. Zeszłej zimy nagle zaniemogła- przestała wstawać, nie wiadomo z jakiego powodu. Po miesiącu leżenia jedna tylna noga była kompletnie pozbawiona skóry i jakby podkurczona. Walczyłam o nią bardzo- miała przecież małą Barbie, bardzo z matką związaną. Nie chciałam by powtórzyła się sytuacja z Puci, która odeszła i zostawiła dwójkę maluchów. Ale to temat osobny.
Wyprawialiśmy cuda - łącznie z ćwiczeniami na wyciągu - aby zachować ruchomość stawów i mięśni.
I udało się - teraz co prawda ma unieruchomiony staw kolanowy, ale funkcjonuje prawie normalnie - umie nawet biegać z tą jedną podkurczoną nogą.
Baśka z córką Barbie
Baśka nie od razu tak kochała swoje koźlę. Czasem koza nie wiadomo dlaczego nie akceptuje swojego dziecka. Urodziła latem 2011 jako ostatnia i miała tylko jednego malucha - kózkę, którą nazwaliśmy Barbie - taka była ładna. Niestety Baśka nie chciała jej karmić, co prawda mała napiła się siary, ale potem było coraz gorzej.
Aby Barbie mogła cokolwiek zjeść, trzeba było kilka razy dziennie przytrzymać Baśkę. Bałam się też, żeby jej czegoś nie zrobiła w nocy, ale Barbie czuła ten brak akceptacji i kładła się zawsze daleko od matki. Żal było na to patrzeć - taki biedny maluch próbujący podejść i odganiany rogami.
Po jakimś czasie nastąpił przełom - zobaczyłam, że już śpią przytulone do siebie. Nawet teraz, gdy już mają swoje boksy ( jak Baśka była chora trzeba je było rozłączyć) to są mocno ze sobą związane.
Ten opis to swoisty seans terapeutyczny - puściły mi trochę nerwy i stąd ten wczorajszy post.
Niepotrzebnie - cały ten zgiełk nie jest tego wart. Wystarczy jedna próba w Filharmonii i przekierowanie myśli na inny, przyjemniejszy tor !!! Oczywiście problemy nadal istnieją, ale na swoim miejscu, czyli gdzieś na trzecim planie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





















